Jest wsród Was trochę czytelników, którzy chcieliby wiedzieć jak to ze mną jest. Jak to jest być głuchą? Jak to jest żyć między dwoma światami? Jak to jest sobie radzić w codzienności? I dlaczego, mimo możliwości odzyskania słuchu, to ja tak naprawdę nie chcę słyszeć?

Po prostu mi dobrze. I jakoś niczego mi nie brakuje. Dobrze sobie radzę sama o czym przekonałam się przez ostatnie dwanaście lat, mieszkając na emigranckiej Anglii i przeżywając wszelkie możliwe objazdy życiowe – ślub, rozwód, poważne problemy zdrowotne, histerektomia, przeprowadzki, związki, edukacje, podróże.

Przed przylotem na Ziemię ustawiłam sobie zacny program urodzeniowy – mam być niesłysząca. I mam nauczyć się komunikacji z ludźmi, ze sobą, z Kosmosem. Znam z grubsza swoją “misję” i finalnie jestem na właściwej drodze, by ją zacząć realizować. Należę do nowego pokolenia dzieci, które przygotowuje ludzkość do przejścia w wyższy wymiar. Nauczyłam się słuchać siebie, swojego środka, serca, wewnętrznego dziecka. W tym programie urodzeniowym są celowo wgrane odpowiednie cechy osobowości, które pozwalają mi przetrwać i pomóc w realizacji obecnego wcielenia.

Akceptuję siebie w całości, nie żałuję niczego co do tej pory przeszłam & przeżyłam. Jestem w cudownym stanie, który może już tylko się rozszerzać a nie cofać. Otaczają mnie wspaniali ludzie, z którymi jestem bliżej lub dalej, z każdym z nich mogę porozmawiać bez cackania się, do żadnej osoby nie żywię negatywnych uczuć, wszystkich kocham jakkolwiek by oni nie byli. Kocham każdego, bez wyjątku, po kosmicznemu, bez rozdrabniania się, bez faworyzowania, bez stopniowania typu „Ciebie bardziej, a Ciebie tylko troszeczkę.

Utrata słuchu dała mi najpiękniejszy dar na obecną inkarnację. Jest to

 

CISZA.

 

 

Jej znaczenie w pełni zrozumiałam dopiero ponad pół roku temu, kiedy to zaczęłam analizować pojęcie “medytacji”. Do dziś tego pojęcia nie rozkminiłam i ostatecznie uznałam, że medytacja po prostu mnie nie dotyczy. Bo jest ona stanem dla mnie całkowicie naturalnym i nie mam do czego tak naprawdę dążyć.

 

W ciszy zawiera się wszystko to, czego ludzie usilnie szukają w dzisiejszych czasach – spokój, bezpieczeństwo, ufność, poczucie jedności, “tu i teraz”, RADOŚĆ, Miłość.

 

 

A ja tylko zamknę oczy, wyłączę aparat słuchowy, jeden wdech & wydech i mnie nie ma a zarazem jestem wszystkim.

Za każdym razem kiedy komuś mówię, by się nie martwił, by się uspokoił, wyzerował, by przestał tyle myśleć to słyszę:

“- Ale jak mam przestać myśleć?? To niemożliwe!”

“- Normalnie, wyłącz się czy coś…? W lesie? Na plaży? Eeee? ”

“- Nie, to nie jest normalnie. Dźwięki są wszędzie, nawet w takim lesie, ptaszki, szumy drzew, szumy fal, nigdzie nie uświadczysz ABSOLUTNEJ ciszy, nigdzie. Cała przyroda hałasuje !!”

No tak…

 

A juz chciałam dodać, że przefantanstyczne uczucie jest, kiedy w tej swojej ABSOLUTNEJ ciszy przebywam nad wodą, na plaży, w lesie, leżę na ziemi, patrzę na niebo (z chemtrailsami oczywiście) i “medytuję”. Bez słów, bez obrazów, bez energokształtów, bez niczego. Pełna czujność, pełna świadomość, a jednocześnie pełna pustka. I radość.

Po prostu jestem i to całkowicie wystarczy, by BYĆ na Ziemi. Wibracje podczas takich medytacji osiągają niemożliwe wyżyny – pozwalam im wtedy “pracować” po swojemu.

Gdzieś na świecie znajduje się pewne specjalne pomieszczenie, wyłożone dźwiękoszczelnymi materiałami. Tak silnie zagłusza każdy dźwięk z zewnątrz, że człek będąc w środku pokoju nie słyszy NICZEGO poza dźwiękami własnego ciała. Pomieszczenie te jest uznawane za jedno z najgorszych tortur sensorycznych dla człowieka (inne wersje to wizualne, sala cała w bieli, łącznie z więźniem). Ludzie słyszący nie wytrzymują w tym pomieszczeniu nawet kilkunastu minut. Mocniejsze efekty i doznania dostarcza komora deprywacyjna – miejsce, które jest pozbawione wszelkich bodźców zmysłowych.

Dla mnie to pewnie byłby pikuś.

 

Ja z kolei nie rozumiem jak to jest “MYŚLEĆ”?

 

Jak to jest mieć gonitwę myśli, stresować się, martwić się, wymyślać niesamowite rzeczy, które raczej miejsca nie będą mieć? Czy to dlatego, że otaczają Was hałasy różnego rodzaju – telewizje, ruch uliczny, rozmowy w sklepach, szumy drzew, bzyczenie komarów, gwar skarbeńków, kwieciste przekleństwa w hucie, srogie narzekania cioci? Czy to tylko dlatego?

Ktoś ze znajomych moich medytuje słuchając w słuchawkach “białych szumów”. Jeszcze inny znajomy słucha muzyki na określonych częstotliwościach, tych zbliżonych do natury, a które są już zakazane i wycofywane ze współczesnych nurtów muzycznych. Ponoć pomagają w uzyskaniu stanu relaksacji, ja tego fizycznie nie ogarnę. Jedyna muzyka, którą słyszę to mocne, solowe instrumenty lub wyrazista solówka piosenkarza. Muszę muzykę zobaczyć, by ją “zrozumieć.” Nie posiadam absolutnie żadnej pamięci słuchowej. Chociaż… Jest jedna jedyna piosenka, którą rozpoznam wszędzie, no, ale skoro słucham jej nałogowo od dwudziestu jeden lat, coś tam się musiało zakodować. Swego czasu namiętnie pisałam do wytwórni muzycznych/płytowych, z prośbą o wstawianie tekstów do piosenek na Youtubie. Jak dotąd – postarał się i stara się tylko wytwórnia MaxFloRec. Bo o tekstach do płyt CD to mogę sobie pomarzyć. Jarecki obiecał i się nie wywiązał z tego, chociaż rozumiem, nakłady finansowe. GrubSon ma świadomość o środowisku niesłyszących, dzięki Iwonie Cichosz, czasem robi fajne klipy, z napisami.

Podobnie ma się sprawa z wieloma filmikami na Youtubie. Bez napisów. Bez dostępu do wiedzy. Zwłaszcza takiej, która będzie mi potrzebna w następnych miesiącach i latach. Blogosfera leży na dnie, jeśli chodzi o pełną dostępność. Zdarzają się perełki, ale niestety „po znajomościach.”

Cóż.

 

Wracając do uzyskiwania stanu relaksacji, nawet osoby głuche mają swoje chaosy w głowach. Cisza nie jest sprawiedliwa, nie ma nic wspólnego z ego. Sporo osób niesłyszących goniąc za spokojem w środku „ucieka” w góry lub… w nurkowanie. Bycie na dnie głębokich wód zbliża umysł do stanu bezsensorycznego. Podobnie jak w komorze deprywacyjnej.

Używam cyfrowego aparatu słuchowego, słyszę w nim dźwięki, ale nie mam porównania jeśli chodzi o natężenie, barwę i modulację. Mówię tak jak słyszę, ponoć bez akcentu, jednostajną linią melodyczną, czasem cicho, często niewyraźnie. Nie słyszę wysokich tonów, pisków ani bezdźwięcznych głosek jak s, sz, cz, ć, itd. Alarm przeciwpożarowy w moim mieszkaniu to wibracyjny talerzyk pod poduszką.

Bo zasypiam sekundowo. I nikt mi nie przeszkadza, ani sylwestrowe fajerwerki, ani trzaskanie drzwiami, ani gwar dzieci na podwórku, ani alarmy samochodów, ani marcowe miauczenie mruczków, ani chrapanie, ani chepanie w sąsiednich pokojach, no nic. Ktoś w moim domu może hałasować sobie rano w najlepsze, ja się nie obudzę.

Ale równie dobrze ktoś się może włamać w najlepsze i tego również nie usłyszę.

Także pierwsze noce spania pod namiotem były bojaźliwe, nie, żebym się bała natury, głodnego misia czy burzy. Bałam się przypadkowych ludzi i tylko z powodu swojej głuchoty. Ale później odpuściłam, owinęłam siebie i namiot w “kokon” i całkiem zawierzyłam się Kosmosowi.

 

Aktualnie zwalniam się z obecnej pracy i szukam nowej i jest to ogromne wyzwanie dla mnie. Niesłysząca Polka na emigracji. Mimo dobrej znajomości pisemnego angielskiego, moja głuchota nie pozwala na swobodne werbalne porozumiewanie się w tym języku. Muszę uczyć się wymawiania słów na pamięć i na pamięć też uczę się czytać z ust (co jest straszliwie trudne uwzględniając mnogość brytyjskich akcentów). I prawie mało kto zdaje sobie sprawę, że moje niesłyszenie może być ogromnym atutem na niektórych stanowiskach – maksymalne skupienie się na detalach, samomotywacja, brak zewnętrznych czynników rozpraszających, nie wdawanie się w intrygi w miejscu pracy. Mało kto potrafi dać szansę takiej osobie i wykorzystać powyższe atuty do rozwoju swojej firmy. Ludzie nie doceniają, że my musimy pracować ciężej, jeszcze dostosowywać się do słyszących i walczyć ze stereotypami/niewiedzą.

W codzienności też radzić sobie trzeba. Przydaje się wgrana osobowość – odwaga, pewność siebie, umiejętność słuchania, szybkość kojarzenia i dedukcji, silna samoorganizacja, przyjmowanie krytyki na klatę, no i najważniejszy z nich wszystkich – upór. Oraz machnięcie ręką “Etam, pójdę do kogo innego, nie ten gbur to inny.” Bo zadzwonić nie zadzwonię, trzeba łazić, pisać na kartkach, telefonach, w lot kojarzyć, trzeba MYŚLEĆ naprzód i ze wszystkich stron, kombinować, być mega cierpliwą, czekać. Trzeba umieć prosić o pomoc, zdać się na pomoc innych i też czekać. Trzeba być upierdliwą, się upominać i dopominać o równiejsze prawa. Często daje to uczucie totalnej bezradności i uzależnienia od innych w wielu praktycznych sprawach.

Tutaj bardzo, ale to bardzo przydaje się telepatia. Cieszę się, że jest aktywna, ale i tak wolę się potem upewniać werbalnie.

Ludzie generalnie są chętni do pomocy, przynajmniej w Anglii, taka mentalność, wpisana w ich prawo i kulturę. Z jednym tylko zastrzeżeniem – porozumiewać się trzeba ich stylem. Bo Anglicy Ci wszystko załatwią i przychylą nieba jeśli tylko będziesz równie spokojny, taktowny i kulturalny. Niestety, w Polsce to nie zawsze wychodzi. Tam jesteś “gorszy” i traktowany po chamsku.

 

Jeśli chodzi o życie towarzyskie, według powszechnej opinii – jestem dziwna. No bo weganka, nie pijam alkoholu, nie jeżdżę na domówki, nie potrafię narzekać ani współczuć, nie umiem opowiadać dowcipów ani tym bardziej opowiadać o czymkolwiek, nie rechoczę w tym samym czasie w grupie, nie wiem o czym rozmawiają, jestem milczkiem. To tyle, jeśli chodzi o słyszących ziomków. Z niesłyszącymi też się nie spotykam, mimo znajomości języków migowych, nie spotykam się z nimi z prostej i tej samej przyczyny – brak wspólnych tematów.

Ale.

Kiedy jestem między swoimi, słyszącymi znajomymi, w trakcie codziennych konwersacji wynika sporo zabawnych kwiatków. Wzajemne niezrozumienie, nie doczytanie z ust, niedosłyszenie mojej cichej/niewyraźnej mowy i wychodzą takie perełki jak te:

Ja: No i muszę maila napisać do Helgi, bo ona rodzi, gdzieś tak 4-6 czerwca.
Kasia: (kiwa głową) Mhmm.
Ja: Nie rozumiesz mnie, nie? 🙂
Kasia: (czerwieni się) Nie 😀
Ja: Ja wiem kiedy oszukujesz, że mnie rozumiesz 🙂
Kasia: (chowa się pod golf)
Ja: No to mów, kiedy mnie nie rozumiesz ! 🙂
Kasia: Nie rozumiem ! 😀
Ja: A co zrozumiałaś?? 🙂
Kasia: No tego termin ważności czegoś tam, 6 czerwca się kończy…

 

Trzeba mieć dystans do siebie, do swojej niepełnosprawności, umieć się śmiać z siebie, nie obrażać się o byle gówno. Ludzie bardzo często zwyczajnie nie wiedzą, gdzie popełniają nietakt. Bo kto ma to im uświadomić jak nie żywy okaz?

W obu środowiskach jestem dziwna. Mimo to, mam swoje grono sprawdzonych ludzi – niesłyszących i słyszących. Nie ma znaczenia kim są, jacy są, czym się zajmują. Znaczenie ma to, że mnie szanują, dostosowują się do mnie i pomaganie mi przychodzi im całkiem naturalnie a ja z kolei automatycznie, również całkiem naturalnie odwzajemniam się im tym samym. Nie roszczę wielkich oczekiwań, nie wymagam niczego poza szacunkiem. I jest naprawdę dobrze.

 

No a co z tą możliwością odzyskania słuchu?

Istnieje i pewnie jest to kwestia czasu. Słuch mi wróci jako „skutek uboczny” procesu zdrowienia, w swoim czasie. Albo i nie wróci. Z obu opcji będę się jednakowo cieszyła. Póki co, jaram się teraźniejszością i tą przecudną ciszą, którą najwidoczniej niewielu ma przywilej doświadczyć.

Anetka

W prehistorii gdzieś, A.D. 2007