Pewnego pięknego, deszczowego, sztormowego właściwie, dnia wracałam karocą do pałacu. Przywołałam do rozmowy swoje Maleństwa w środku. Może coś nakierują.

“Ej słuchajcie, pomocy raczej nie oczekuję, ale porozkminiać chcę tak sobie, monolog z Wami potworzyć, jeśli można.

Jak to jest? Kochać i być kochanym? Co to znaczy według ludzi?”

Wiecie, już jako dziecko zauważyłam, że inaczej odbieram pojęcie Miłości. Jako nastolatka, narzeczona, żona i rozwódka przekonałam się, że nie potrafię kochać taką miłością jak większość ludzi. Tak jak żona kocha męża, tak jak dziewczyna kocha chłopaka. Dlatego nie chciałam i nie chcę mieć dzieci, nie w obecnych warunkach, nie na obecnym poziomie świadomości.

Odbieram świat energetycznie, czuję go całą sobą. Jestem w nieustającym stanie medytacyjnym, z pełną, świadomą uważnością na otoczenie. Cały czas mam odczucie, że jestem pełna, przepełniona, że wibruję, że się rozszerzam. Czuję, jak wszystko wokół mnie przenika, jak moje komórki się łączą z powietrzem, wiatrem, słońcem. Takie przenikanie jest kompletnie nieopisywalne słowami – jest to cisza, radość i wszechogarniająca miłość w jednym. I to jest taka siła, jak tylko może być pojęta w wymiarze ziemskim.

 

I jak można kochać tylko jedną osobę, skoro się kocha to WSZYSTKO? Jak można się rozdrobnić na różne rodzaje miłości?

 

Bo podobno inaczej się kocha męża, inaczej starszego syna i inaczej swojego brata? To takie płytkie, wybiórcze, zazdrosne i niesprawiedliwe.

Nie jestem sama. Wszystko wokół mnie żyje, wibruje, ma swoją świadomość. Jestem z wszystkim połączona i to bardzo wyraźnie czuję. Jestem połączona z moją karocą, z drzewkiem właśnie mijanym po drodze. Jestem połączona z jedzeniem, które wkładam do ust – swoimi wibracjami natychmiast dziękuję za to co jem, za swój wybór tego jedzenia (nawet jeśli to jest piętnasty chrup domowej frytki), za fantastyczny smak tej frytki w ziołach, za umiejętność delektowania się. Jestem połączona z każdym ludziem w centrum handlowym – czuję każdego, ich energie, drogi życiowe, lekcje do przerobienia, poziomy rozwoju i świadomości. Wszystko to u mnie “dzieje się” w czasie mniejszym niż nanosekunda.

Ale nie czuję ich emocji – ich płaczu, żalu, cierpienia, śmiechów, ekscytacji, podniecenia. Nie identyfikuję się z nimi. Może dlatego, że u mnie już zanikły. Ludzkie emocje to dla mnie cyrk, teatr, przedstawienie. Niezwykle fascynujący show.

Nie macie pojęcia ile razy swoją energią “głaszczę”, “tulę”, “pieszczę” każdego z Was. I widzę, jak pod wpływem takiego “dotyku” zmieniacie się, uspokajacie się, wyciszacie się, zmienia się Wam nastrój.

Czuję wszystkich, widzę wszystko, jestem niesamowicie połączona z multiwersami, z wymiarami, z Kosmosem, z boskim Źródłem.

 

Ale.

 

Nie tylko ja tak mam…

 

I uwierzcie mi, wierzcie mi, ale …

Wy tak samo macie !! Ty, Ty i Ty. I tam w kącie Ty też.

 

Każdy z Was ma sobie tę cudowną, boską Miłość. Każdy z Was może kochać i żyć tak w pełni, cudownie, spokojnie.

 

Matrix ziemski już przy narodzinach wrzuca dusze do takiej klatki, którą jest ego. W ego mieści się strach, za strachem idą negatywne emocje.

 

A jak wiecie – strach jest przeciwieństwem Miłości.

 

Dlatego na Ziemi mamy wgrany już taki feler. Miłość siedzi zduszona, stłamszona, objawia się światu tylko jej marna cząstka. Cząstka miłości przesiąknięta strachem. To nie jest prawdziwa, kosmiczna, jezusowska, buddyjska, oshowska Miłość.

Dopóki się boisz siebie, kogoś lub czegoś, dopóty nie będziesz w stanie kochać ani otworzyć się na jakąkolwiek miłość.

 

Tu chodzi o to, by wyzbyć się ego, wyzbyć się strachu, otworzyć się na serce. Strach to grzebanie i trzymanie się przeszłości, strach to zamartwianie się i gdybanie w przyszłości. Przeszłość ani przyszłość nie definiują Ciebie. Definiuje Ciebie tylko to, co robisz i co sobą reprezentujesz TERAZ.

 

Teraźniejszość jest w sercu, a w sercu jest TA Miłość. Na bank jest, na bank.

 

Żyjąc w przeszłości & przyszłości żyjesz w strachu, odizolowana od reszty, we własnej klatce myśli, gdybań, oczekiwań i wyobrażeń. Nic dziwnego, że czujesz się biedna, opuszczona i sama na tym nędznym świecie. I nikt Cię nie rozumie, i nikt Cię nie kocha.

 

Często pytam ludzi, co chcą w życiu robić, czego oczekują od związku, dlaczego chcą mieć dzieci. I niemal zawsze słyszę & czytam to:

Chcę kochać i być kochanym.

Będąc wrednym połączeniem Crystal (moje ego) i Maleństw (moje stany duchowe) odpowiedziałabym krótko:

No to jaki problem?? Dlaczego tego nie robisz??

 

No, ale się nie da, tak z dnia na dzień, nagle zmienić te kochanie. Bo kochanie kogoś i bycie kochanym musi się zawsze zacząć od pokochania siebie.

A pokochać siebie to też arcytrudna sztuka. Bo wymaga najpierw akceptacji siebie. Akceptacji swojego otoczenia, warunków, swojej przeszłości.

I tu chrabąszcz pogrzebany.

Bo ludziom się wydaje, że dzięki przeszłości, dzięki traumom z dzieciństwa, “bo mamusia nie kochała”, “bo on mnie rzucił i nikogo już tak nie pokocham”, oni nigdy nikogo nie zaakceptują, nikomu nie wybaczą. Nie i nie! Czują się usprawiedliwieni, umywają ręce od odpowiedzialności, od możliwości wyboru. Bo wybór zawsze mamy. Zawsze!

A wybaczenie to najważniejszy krok ku akceptacji. A akceptacja to pogodzenie się z własnym stanem fizycznym i psychicznym, to zaakceptowanie tego co jest, to powiedzenie sobie:

 

No i co z tego? No jest jak jest, machamy ręką i idziem dalej!

 

Akceptujesz siebie, swoje wady, zalety, humory, grubości i kości, beztalencia. Zaczynasz stroić miny do lustra, patrzeć sobie w oczy, obejmujesz siebie, tańczysz, coś tam rzępolisz pod nosem, zaczynasz ćwiczyć, poznawać swoje ciało, chodzisz wyprostowana, jarasz się słońcem na buzi, dajesz się namówić na huśtawkę, zwracać uwagę na swoje jedzenie, stajesz się uważna i czujna, nie boisz się mówić “nie”.

Akceptujesz innych, ich wady, zalety, humory, grubości i kości, beztalencia. Zaczynasz patrzeć na nich z rozczuleniem, ze zrozumieniem, tak wielkodusznie. Coś tam w środku zaczyna Ci się kwilić, że tak, tak, czujesz się połączona z tymi osobami. Empatia Ci wzrosła, intuicja Ci się poszerzyła.

Akceptacja siebie jest stukilometrowym krokiem w Twoim rozwoju. Otwierasz się niesamowicie i odczuwasz, że świat Ci się również otworzył, zmienił się tak fajnie. Chcesz góry przenosić, chcesz tę swoją radość w środku rozdać wszystkim, nawet teściowej.

Wtedy można powiedzieć, że jesteś gotowa na związek, na kogoś stałego w swoim życiu, na urodzenie dziecka, że jesteś gotowa na wyjście do ludzi, na przebywanie z nimi, na założenie własnej firmy, rozpoczęcie czegoś co lubisz robić, że jesteś gotowa na długo odkładaną podróż.

 

„Chcę kochać i być kochanym”.

 

Teraz bym odpowiedziała prosto:

„Przecież KOCHASZ i JESTEŚ KOCHANA, tylko o tym nie wiesz.”

 

Zacznij od siebie. Zacznij od wybaczania, od mówienia „dziękuję” ludziom i światu, zacznij od akceptacji siebie i innych.

Znajdź coś co lubisz robić i się trzymaj tego. Naucz się kochać każdą chwilę bycia ze sobą, z najbliższymi, z obcymi, gdziekolwiek się znajdujesz. Zacznij rozmawiać ze sobą, poznaj się ze swoim ego, ze swoich strachem, załóż im smycze i oswój je. Oswój swój strach.

 

Kochać to nie znaczy kochać wybiórczo, ponad życie, jednostkowo – dziewczynę, małża, skarbeńki, kotusia, rodziców, Bibera i Szirana.

 

Przypominam jeszcze raz, co prawie każdy z Was dukał przed ołtarzem składając JEDNOSTKOWĄ przysięgę małżeńską:

 

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje.”

 

To nie dotyczy tylko małżeństwa, to celowa zmyła i manipulacja ze strony matrixu, żeby Twoją wrodzoną, kosmiczną, multiwersalną, boską Miłość „zniżyć”, stłamsić, ograniczyć tylko do JEDNEJ osoby.

 

Zacznij od siebie, porozmawiaj ze sobą, poobserwuj siebie, poznaj swoje możliwości, zaufaj im, swoje wady zamień na szczeble po drabinie. Zrób wszystko, byś przestał się bać siebie.

Stwórz swój własny dom w swoim sercu. Takie miejsce gdzie nie ma strachu, złości, żalu, jadu i nienawiści. Takie schronienie, do którego będziesz uciekał się ładować i przypominać sobie, że:

 

“Nie jestem sama. Bo kocham i jestem kochana.”