Pietruszka była u mnie znienawidzoną trawą w dzieciństwie. Mammi wciskała “jedz, jedz jedz, bo dużo witaminy ce ma”. A mała Anetka wielkie nie, nie i nieee. Przyznaję, że do dzisiaj nie pałam do niej jakąś szczególną sympatią, no, ale ją lubię. Zjem od czasu do czasu, zdrowa jest, i faktycznie ma od groma tej witaminy ce.

I nie tylko tego.

Pietruszka odchudza. Tak, kochana grubasko moja Ty. Ale tylko wizualnie, tłuszczu ta zielenina niestety nie spala. Ona pomoże Ci pozbyć się wody i soli z organizmu, przy okazji świetnie filtrując nerki. W ogóle reguluje poziom wody we krwi i wszędzie w ciele. Oprócz sławnej witaminy ce, posiada w swoim arsenale również witaminkę A oraz kwas foliowy.

Czyli piękności w ciąży z nogami jak słonice – pijcie wywary z pietruszki. I kosteczki u nóżek będą kuszące i kwas foliowy z odpornościową witaminą ce gratis dostarczony do przyszłej Mamusi i Słoneczka.

Generalnie pietruszka odtruwa, usuwa toksyny z wątroby i trzustki, filtruje nerki, zresztą moja Pani Kasia też polecała ten wywar z pietruszki właśnie na nerki, i jest w ogóle fajną multiwitaminką do jedzenia na codzień.

Nawet jeśli by miała robić za dekorację do jakiegoś dania czy kanapki czy surówki na zdjęcie na instagrama to też musi być. Pietruszka to taka polska wersja hipsterskiej rukoli. Dodam, że lepsza niż sama rukola!

Idziesz Anetka na targ, a tam oczami jesz cały ten targ. I widzisz śliczne, puchate zielone trawy – pietruszki, bazylie, koperki, szczypiorki, jarmuże.

Po godzinie wodzenia maślanymi oczami kupujesz wypasiony pęk zielonej pietruszki.

Jeszcze nie wiesz co z nią zrobisz. Kupiłaś, bo ładna była. No zachwycająca po prostu!!

I tak mam z każdą sporą natką pietruszki. Stoi sobie na parapecie w słoiku z wodą, opala się, ogląda pieski i kotki za oknem i plotkuje z sąsiednią miętą – pachnącą lokatorką w doniczce. Pojedyncze listki urywam, daję do posiłków, szejków, ale i tak wciąż się rozrasta.

Uwielbiam topić w tych zielonościach swoje dłonie. Czuję, jak nasze energie się wzajemnie przenikają.

Kiedy widzę, że niektóre listki zaczynają żółknąć, biorę piękność z parapetu i robię swoją ulubioną pastę pietruszkową. Jest bardzo prosta i szybka w wykonaniu. I bardzo, bardzo bogata w wartości odżywcze. Oprócz pietruszki jest tam słonecznik jako tłuszcz, siemię lniane jako błonnik i przyprawy do zrównoważenia całości i podkręcenia smaku. Oraz woda.

Więc tak.

Potrzebujesz wysokie naczynie, w którym będziesz blendować. I ręczny blender też.

Do kielicha wrzucasz pół szklanki ziaren słonecznika.

IMG_20180204_122321499

Dajesz dwie łyżki siemienia lnianego.

IMG_20180204_122430619

Naoko czarnuszki.

IMG_20180204_122549196

Dosypujesz sól, czarny pieprz i kurkumę. Dużo. Pamiętamy, że kurkuma idzie zawsze w parze z pieprzem.

IMG_20180204_122657121

Dodajemy jakieś pół szklanki wody. I blendujemy. Ma być gładziuśka, płynna masa.

IMG_20180204_122952471

Pietruszkę płuczemy.

I dajemy do kielicha, partiami, po kawałkach, razem z łodygami. Tak, wszystko, wszyściuśko. Bo czym się różni listek od łodygi? Niczym w sumie.

IMG_20180204_123214131

Blendujemy.

IMG_20180204_123347946

Wychodzi ślicznie nasycona zielenią pasta. Próbujemy dla smaku. Doprawiamy, jeśli czegoś brakuje. Ale zazwyczaj nie brakuje.

IMG_20180204_123753357

Prawda, że booooskiieee??

Pastę trzeba przechowywać w lodówce do kilku dni. Ja zostawiam trochę na wierzchu, znaczy w lodówce, a resztę zamrażam. Jak najdzie ochota to wyciągam wieczór wcześniej i na śniadanie już mam.

Można podawać z plastrami awokado, pomidorów, można na chlebek jakiś.

Na zdjęciu z moim chlebkiem gryczanym.

IMG_20180124_133522686

Przepyszne… I wcale nie takie surowogorzko pietruszkowate, ale tak słodkoprzyjemnie pietruszkowate.

 

Dajcie znać jak i Wam wyszła 🙂