Wiele osób się mnie pyta, czemu ja nie choruję z byle powodu, czemu ja tak dziwnie jem, skąd mam taką wiedzę o jedzeniu, skąd moja schiza do czytania etykiet, skąd taka kreatywność w przyrządzaniu sobie jedzenia. I jeszcze się nieustannie dziwią, jak można nie jeść tego, tamtego, a jeść tylko to i to? Jak można sobie odmawiać przyjemności? Przecież życie za krótkie? Ale jak przychodzi co do czego, jak przychodzi krabek jakiś, grzybki zaawansowane, coś boli, dokucza, to Anetka pomoże, wesprze, podzieli się wszystkim, co wie, nakieruje, da wskazówki, pogada.

Ale ostateczna decyzja już do Anetki nie należy. Tylko do Was.

Ostatnio rozmawiałam ze znajomymi. Kumpel raka ma, młody, optymista, fajna radość życia, poprosił o pomoc. Jedzenie u niego typowo polskie, no mało pieczywa u niego jest – spory plus, sporty, jest dobrze. Jego dziewczyna go goni, robi i dla siebie od razu i tak. Powiedziałam, napisałam o faktach chemioterapii, ruszałam, by szukali alternatywnych źródeł, bywając w sklepie jednym, drugim, pytali, kupić to? kupić tamto? a to dobre? brać? co myślisz?

Kumpel zrezygnował z chemioterapii. Wziął się za siebie.

Po jakimś czasie pochwalili się oboje – mikrofala w szafie schowana, szejki zmienione, pieczywo pieczone własnoręcznie, suplementy kupione. Zaczęli walczyć. Wierzę w nich. Taka zmiana nie jest i nie powinna być gwałtowna, trza to robić rozsądnie, małymi kroczkami, metodą odpadania, ciało samo wie co mu służy a co nie.

Człowiek ma różne grupy krwi, są i roślinożercy są i mięsożercy, trzeba to mieć na uwadze. Weganizm, witarianizm, dieta śródziemnomorska, grillowane steki z organicznej hodowli, wszystko ma sens. Grunt znaleźć właściwy, pasujący Ci styl jedzenia.

 

Mieliśmy za krótki okres czasu, bo raptem kilkadziesiąt lat, by ewolucyjnie przestawić się na inny rodzaj jedzenia.

Z powojennej, komunistycznej, swojskiej Polski na zachodni, konsumpcjonalny kapitalizm.

Z surowego, naturalnego pożywienia na chemicznie przetworzone pseudojedzenie.

 

Im więcej przetworzonych produktów jesz tym słabiej tolerujesz surowe pokarmy. Nie ma już więcej równowagi kwasowo-zasadowej. Jemy często, gęsto, grubo, sztucznie, gdy tymczasem naturalnym dla człowieka jest przyjmowanie posiłku raz, góra dwa razy dziennie…

W przetworzonych rzeczach nie ma witamin, minerałów, mikroelementów potrzebnych do synchronizacji ciało & dusza. Nie ma tlenu, który pozwoliłby oddychać Twoim komórkom i tkankom.

 

Jeśli ciało choruje, choruje też dusza. Twoje ciało jest domem, pojazdem dla Twojej duszy.

Co, jeśli te auto/dom jest brudne, zasyfiałe, nieposprzątane? Jak dusza ma pracować, działać, spełniać jej i Twoje marzenia? Jak ma Ci pomagać w kreowaniu Twojego wymarzonego życia? Jak ma dać Ci spokój w sercu skoro jej auto rdzewieje, trzeszczy, skoro jej dom niewywietrzony, nie ma czym oddychać?

 

Im więcej przetworzonych produktów jesz tym większe ryzyko zakwaszenia organizmu, niedotlenienia komórek czyli chorób cywilizacyjnych – cukrzyca, raki, zawały, depresje.

I nagle pojawia się dzień, kiedy stajesz twarzą w twarz z kostuchą.

Decydujesz w milisekundzie – zmieniasz swój lajfstajl.

Idziesz na internety i panikujesz, idziesz do Anetki, do Pepsi Eliot, do Jerzego Zięby. Idziesz na biorezonans, robisz badania. Czytasz Siemionową, Nieumywakina, Ukryte Terapie, kupujesz wegańskie książki kulinarne.

Ale co z tego, jak nagle się okazuje, że Twój żołądek ma poważną niedokwasotę, wątroba jest pełna toksyn, trzustka nie wydziela prawidłowej ilości insuliny, jelita są nieszczelne i zabłocone chemikaliami?

Nie zjesz nawet nędznego jabłka. Nie strawisz go. A co dopiero można mówić o jakimkolwiek wchłanianiu przez zatoksynowaną wątrobę.

Powoli, powoli. Zmiana stylu życia jest wieloletnim procesem. Rzadko komu się udaje wszystko rzucić z dnia na dzień i przejść na bretarianizm.

Póki co – ja kocham jeść, kocham patrzeć na jedzenie, kocham je robić, kocham o nim myśleć. Przez wiele lat wypróbowałam na sobie różne cuda, eksperymentowałam, słuchałam ciała, rozmawiałam z nim, obserwowałam swoje i jego reakcje. Wiele rzeczy samoistnie ode mnie odpadało. Nie mam teraz do nich żadnego pożądania, a jeśli mi się trafi okazja – zjem, ale na moich warunkach.

Idę wciąż do przodu, nie poprzestanę na tym, co teraz udało mi się osiągnąć.

Moim codziennym musem jest topowa lista produktów, które zawsze są w mojej kuchni. Bardzo z nimi rezonuję, uwielbiam, mam czystą przyjemność z picia & jedzenia tego. Mam nadzieję, że i Wy z niej conieco skorzystacie.

Tak więc:

  1. Ocet jabłkowy – zakwasza żołądek, by ten pracował na swoich warunkach, pływał we własnych sokach, dzięki niemu trawią się fajnie cuda, które wrzucasz, ułatwia wchłanianie, przygotowuje pokarm do kolejnych procesów trawienia. Jeśli masz niedokwasotę – hamburger z makdonalda nie zostanie zawczasu rozpuszczony w sokach trawiennych a poleci sobie dalej żrąc swoimi chemiami po drodze delikatne organy i naczynia krwionośne. Ocet jabłkowy kupuję zawsze organiczny, niepasteryzowany, niefiltrowany, z matką. Pozostałe to marketing reklamowy “jedenprocentmięsawmięsie”.

    IMG_20180123_154443845.jpg

  1. Pyłek pszczeli, miód manuka – odporność, #samodobro, pyłek z naszych polskich pasiek, od pszczółek na bezstresowanym wychowaniu. Miód manuka z Nowej Zelandii to tylko ten ze sprawdzonych, licencjonowanych firm, nie uczula, jest dobry dla wrzodowców, zgagowców, z niską immunologią.

    IMG_20180123_093654980.jpg

TRICK: Codziennie rano piję na czczo zestaw: Pyłek pszczeli/miód manuka (łyżeczka) do kubeczka, rozpuszczam w wodzie wieczór wcześniej. Rano dodaję łyżkę octu jabłkowego. Albo zamiast octu jabłkowego daję sok z jednej cytryny i dorzucam łyżeczkę kwasu askorbinowego. NIE WOLNO łączyć kwaśnego octu z zasadową cytryną – przegryzą się!

  1. Kwas l-askorbinowy z witaminą C – sam kwas askorbinowy to syntetyk, nie pomoże. Musisz połączyć go z żarciem bogatym w naturalną witaminę C – cytryną, jarmużem, zieloną pietruszką, papryką, kapustą kiszoną, itd. Kiedy po ekstremalnej wyprawie w Szkocji przewiało mnie aż do zapalenia ucha, uniknęłam antybiotyku robiąc kalibrację witaminą C. Oprócz tego codziennie jadłam garściami kapustę i marchewkę kiszoną posypane kwasem l-askorbinowym. Kupuję w ThisIsBio.

    IMG_20180123_093954113.jpg

TRICK: łyżeczkę kwasu l-askorbinowego dodaj do solniczki, ale z solą taką wartościową, kłodawską, himalajską, nie taką stołową, taką o dla smaku, szanuj się. Kwas ten niszczy pleśń zawartą w pożywieniu, a jak wiecie, pleśń jest bardzo ciężką toksyną dla wątroby – może niszczyć ją nawet przez kolejne 2-3 tygodnie (a po drodze wątroba jeszcze musi strawić Twoje piwa, bigosy i białe chleby…) Pleśń jest spotykana w owocach, pieczywie, piwach, orzechach.

  1. Płyn Lugola – czyli jod. Aplikuję go sobie na wewnętrznej stronie ręki i czekam aż plama zaniknie. Normalnie, kiedy nie masz niedoborów, plama trzyma się kilkanaście godzin, w innym wypadku może zniknąć nawet po pół godzinie. Dziwicie się czemu w szpitalach europejskich przestali odkażać jodyną a antyseptyk zastąpili chemicznym octenisteptem? Jod jest odpowiedzialny za prawidłową pracę tarczycy, osoby z chorobą Hashimoto również mają poważne niedobory jodu. Samo bywanie nad morzem, wcinanie ryb nie pomoże, to stanowczo za mało.

  2. Woda utleniona – cudny MUST-HAVE. Uwielbiam, kocham, uzależniłam się. Najbezpieczniejszy jest roztwór 3%. Woda ma być bez żadnych dodatków stabilizujących. Trzymam w bursztynowej buteleczce, ze szklaną pipetką. Stosuję do swoich inhalacji (bardzo skuteczna), zakraplam uszy (o, to też robiłam po tym szkockim przewianiu), robię pastę do zębów (organiczna soda oczyszczona, woda utleniona i kilka kropel olejku jakiegoś, ma być taka pasta, kilka razy w tygodniu myję nią zęby, fajnie odkaża i odgrzybia), lub płuczę jamę ustną (kilka kropel daję do kubka z połową wody i płuczę).

 

TRICK: Jako, że trzeba się nawadniać grubo i gęsto, a choróbska cywilizacyjne to nic innego jak niedotlenienie zakwaszonych komórek, to… czemu by nie natleniać ciałka właśnie wodą utlenioną? Wlej do swojej butelki z wodą kilkanaście kropel i wypij w ciągu dnia, dodaj też soku z cytryny. (UWAGA: Unikamy wystawiania plastikowych butelek z wodą na słońce! Nawet tych bez BPA i innych takich, plastik to plastik, nie produkowałeś tego organoleptycznie.)

TRICK 2: jeśli chcesz porządnie wypłukać owoce i warzywa, z oprysków, pestycydów – umyj je w wodzie z wodą utlenioną albo płynem Lugola 🙂

 

I teraz SUPLEMENTY, kupuję w sprawdzonym sklepie ThisIsBio, mają tam same organiczne, cudne produkty. Na suple poluję też w tikejmaksie, uważnie czytając etykiety, zważając na kraj pochodzenia & pakowania (lata praktyki, no).

  1. Wit D3 + K2 – innej opcji nie ma, ten zestaw jest obowiązkowy, jest alfą i omegą w naszym klimacie, przy każdego typu stylu jedzenia, wątróbki i mózgi ten zestaw kochają, łakną go. Odporność zabuuuustuuuje na kosmiczne obłoki, pogoni ciało do walki z krabami, zadba o dobry poziom tłuszczy i słońca a wit K2 dodatkowo o Twoje kości i krzepnięcie krwi. Nie istnieją górne granice przyjmowania dziennej dawki wit D3. Można jeść bez obawy o przedawkowanie, a w pierwszych dniach ‚umierania’ na grypę daj facetowi nawet i 10tys IU, szybko mu przejdzie te ‚umieranie’.

    IMG_20180123_093920377.jpg

  1. Chlorella, spirulina, trawa jęczmienna & trawa pszeniczna – obowiązkowe boginie zieloności w kuchni. Dodać można jeszcze brokuły, jarmuże, pietruszki zielone. Odtruwają ciałka z metali ciężkich, wszelkich toksyn i ustrojstw, regulują poziomy cukru, równoważą wszelkie nieprawidłowości, aktywizują komórki do regeneracji, zarąbiście alkalizują, gdyż wszystkie zielone mają odczyn zasadowy. Szejki, tabletki, proszki, na różniaście można je przyjmować. Chlorella może uczulać, zacząć trzeba od mniejszej dawki. I oczywiście, wszystko to ma być organiczne, skąpane w naturalnym słońcu a nie sztucznym oświetleniu pod foliami.

    IMG_20180123_093255243.jpg

  1. Maca – niezbędnik dla płci przepięknej, tych lepszych połówek – reguluje hormony, odpowiada za cały układ hormonalny, płodność, facetom też przydatna. Wydupcza depresję, energetyzuje.

    IMG_20180123_093751602.jpg

TRICK: wkrótce wrzucę przepis na ciepły, słodki napój z macą <3

  1. Ashwaganda – taki indyjski żeń-szeń, walczy na pięści z krabami, odpowiada za cukier & insulinę, wycisza, uspokaja, reguluje pracę nerek.

    IMG_20180123_093930094.jpg

TRICK: i też wlepię przepis na równie słodkie ciepłe mleko do poduszki, zasypiam po nim momentalnie <3

  1. Witaminy z grupy B – jeśli macie niedobory, a na pewno macie, brać, brać, brać. Zwłaszcza B6, PP, biotyna. A najlepiej cały kompleks w jednym. Brać, bo tego też wiecznie za mało. Nie kupujcie tanich supli, postawcie na organiczność, opinie klientów, sprawdzonych producentów.

  2. Chlorek magnezu – oo, jak fajnie czyści jelita… Ostrożnie z dozowaniem, działa podobnie jak wit C, doprowadza do biegunki. Potężne źródło magnezu, a to dobra opcja dla kawoszy. Chlorek magnezu dajemy też do kąpieli, chociaż nie mylić go z siarczanem magnezu (sól epsom), który do połykania kompletnie się nie nadaje.

    IMG_20180123_092928055.jpg

TRICK: płaską łyżeczkę chlorku magnezu dodaj do ulubionego szejka, kilka razy w tygodniu będzie dobrze.

  1. Babka płesznik – błonnikuje dużo lepiej niż len i chia. Chociaż i ich też używam. Leczy kandydozę, grzybice, czyści jelita aż się kurzy, likwiduje wzdęcia. I jak przy każdym błonniku jest bardzo, ale to bardzo zalecane, by pić dużo wody, gdyż zwiększa swoją objętość a to już takie fajne się nie robi, nie przepcha się, zostanie i się zatwardzi. I będzie ała.

    IMG_20180123_162657744.jpg

 

PRZYPRAWY i ZIOŁA – kurkuma, imbir, pieprz cayenne, pieprz czarny, czarnuszka, majeranek, sole himalajskie & kłodawskie & kala namak & wędzone z Cypru, wędzona papryka, zatar, czubryca, lubczyk, cynamon cejloński, syrop klonowy, asafetyda, olej kokosowy. Wszystko organiki i ze sprawdzonych producentów ze sprawdzonych krajów.

 

 

 

 

 

Jedzenie ma być żywe, wysokowibracyjne, ma Ci pasować, masz mieć przyjemność z patrzenia na nie, z przygotowywania go, jedzenia, picia, wtrąbiania. Można wszystko zrobić, można zdrowo grzeszyć, zjeść pizze, crème brulee, pierogi, ciasta jakieś.

Zawsze mam w kuchni dużo owoców i warzyw – bananów najwięcej, od nich zaczynam dzień, bo dzień się zawsze od cukrów zaczyna (a tak na marginesie, wiecie, że banan jest tak cudowny, że powinien być absolutnie pierwszym pokarmem maluczkiego człowieczka?), dużo cytryn, awokado, jabłek, marchwi, brokułów, kalafiorów, szpinaku & jarmużu to wiadomo.

KISZONKI – kisi się marchew, buraki (sok z kiszonych buraków, oraniuśkuomamusiu, taki leciuśki barszczyk…), je się kapustę kiszoną, popija sok z ogórków, jutro będę cytryny kisić. Kiszonki są przewspaniałymi probiotykami, smaczniejszymi niż aktimele. Warto coś codziennie od nich przeżuć. Jelita na sedesie Ci się odwdzięczą.

Chętniej jem surowe niż gotowane, pieczone, przetworzone. Chętniej zjem samego  surowego brokuła z liśćmi szpinaku i oliwą, niż warzywne, ciepłe leczo. Chętniej zjem dwa banany na śniadanie niż owsiankę z różnościami. Ale nie przesadzam, lubię pogrzeszyć, coś innego zjeść, takiego zdrowego fastfuda czy gorącą zupę.

Na łączenie pokarmów i pozostałe zasady poświęcę oddzielną notkę.

I na koniec – mój codzienny, zielony szejk, z różnymi opcjami, wariantami, produktami.

Idzie zawsze szpinak, chlorella & spirulina & trawy, chlorek magnezu, albo babka płesznik, i coś słodkiego – jabłko, banan, pomarańcza, ananas. Zamiast szpinaku daję też brokuła lub jarmużu.

IMG_20180123_093516759.jpg

UWIELBIAM. ŻŁOPIĘ TO.

Nie przesadzajmy, nie jem & nie piję tego powyższego codziennie, dzień w dzień. To tylko ściągawka taka. Urozmaicam sobie, uatrakcyjniam, bawię się przepisami, mieszam, kombinuję. Czasem ciało mówi, że ma dość i nie chce czegoś więcej. Tak bywa, kiedy masz zbalansowane minerały i witaminy. A jak czegoś brakuje, masz ciągoty na określone rzeczy – fazy wtedy są różne, trwają od kilku dni do kilku tygodni by potem mieć kilkumiesięczną przerwę. Taki przykład. Inna sprawa, kiedy masz poważne braki w suplementacji wtedy łykasz to codziennie w hurtowych ilościach, aż będziesz mieć dosyć. Ty masz mieć dosyć a nie etykietka na odwrocie buteleczki czy lekarz.

I to by było na tyle.

<3