Idzie tłuste. Coroczna tłusta tradycja przedwielkanocna. Idą pączki, faworki, idzie podwyższona glukoza i sztuczny tłuszcz do kochanych boczków. Ale co tam. Jak dobre to jeść z wszystkimi.

Sama się wychowałam na faworkach i zapachach smażonych pączków. No, ale pszenica i cukier w peerelu smakowały inaczej niż teraz, nie były jeszcze GMO i chemicznie obrabiane.

Kiedyś to były czasy, teraz już czasów nie ma.”

W zeszłym roku, roku 2017, mnie wzięło normalnie.

 

Zrobię te faworki!

 

Poszperałam w necie za wegańskimi wersjami. Szybko znalazłam pasującą mi opcję u erVegana. Po rozmowie z Erykiem na fejsbuku nieco zmodyfikowałam jego przepis.

Przepis na erVegańskie faworeczki.

Jako, że czystego alkoholu nie tykam, zamiast niego dałam szkockiego rumu. Zapachniało bosko <3

Niżej zeszłoroczne faworki, podświetlone światełkiem podszafkowym:

IMG_20170220_172450768_2

IMG_20170220_174659598_2

Wzięłam do huty, spróbowało kumpelestwo innych cudów. Smakowało, ale “wiadomo, że to nie samo co pszeniczna, pulchna mąka”.

Zrobiło się za dużo ciasta, więc zamroziłam.

I rozmroziłam wczoraj.

IMG_20180118_142517964

Ciągle pachnie rumem, omniamniam…

Wałkujemy, wykrawamy. Wyszły długie i krótkie, tak jakoś mi się wykroiło, w sumie muszę kupić karbowane radełko, wzorki będą fantazyjne. Bardzo polecam krótsze maleństwa, fajniej się je, i są jakby bardziej sympatyczne.

collage

Tyle wyszło z takiego kawału ciasta.

IMG_20180118_144323278

I smażymy. Nalałam tego oleju dość mało, jakaś jedna setna pojemności garka, tak na oko max 3 cm wysokości, no, na oko.

IMG_20180118_144511248

Po kilku minutach, jeśli nie po minucie, już wyciągałam. Jako, że ciasto jest z mąki pełnoziarnistej orkiszowej, faworki są ciemniejsze, niż te pszeniczne i inne takie. Także radzę wyciągać je szybciej, niż zaczną się całkiem palić na brązy, dojdą se spokojnie na talerzu. Na talerzu wyłożonym papierem kuchennym do odsączania tłuszczu. Którego w sumie i tak nie ma.

Każdą warstwę po smażeniu kładę na drugi talerz i posypuję cukrem pudrem. Za cukier puder robi mi zmielony do mąki cukier trzcinowy albo ksylitol. Sypię dużo. Palcami.

IMG_20180118_145640989

I nagle… Czemu nie?

Wzięłam z szafki cynamon i posypałam. Fajnie się zaobłoczkowało.

I tak z kolejnymi warstwami.

Faworeńki, cukier puder, cynamon i szlus, do fotki tutaj.

IMG_20180118_151813674

 

Wyszły chrupiące, i pachniały niesamowicie… Czuć było i rum i cynamon. Spodobało mi się te zestawienie.

Chociaż na następny raz myślę, że dodam więcej rumu i dodam też  cynamon do ciasta. I proszek do pieczenia, chcę upiec je w piecyku. I znajdę też inną mąkę, bezglutenową.

Smacznego! <3

 

P.S. Faworeńki zaniosłam do huty, by kumpelostwo spróbowało i oceniło. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu faworeńki nie były dla nich słodkie. Ponoć poskąpiłam „cukru pudru”. Jedynym wytłumaczeniem był fakt, że ja cukru białego oraz żywności przetworzonej nie jadam, stąd moje kubki smakowe są zupełnie inne, niż u osób, dla których słodycze są codziennością. Mąka orkiszowa jest gorzkawa, ja tego nie czułam, ale kumpelostwo tak. Miejcie to na uwadze. Chyba, że znajdziecie bezglutenową, organiczną mąkę pszenną. Z Włoch.