Właśnie wróciłam z biegania i pomyślałam, że może coś napiszę o tym. Trochę mnie dziś oświeciło “No, czemu nie? niech wiedzą, niech spróbują, przecież gadają tak samo jak ja swoje lepiej wiedziałam pół roku temu.” Że im szybciej tym lepiej. Że im wolniej tym gorzej. Że interwały trzeba. Że bieżnia jest be. A ja teraz dodam, że biegać może prawie każdy, kto nie waży więcej niż kulejąca żyrafa z artretyzmem. I każdy, kto chce się przebudzać i resetować (czyli zdupczać z własnych chaosów codzienności).

Nigdy nie myślałam o bieganiu, to było niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Wmawiali mi od małego, że nie dam rady, że płuca mi nie wybaczą, że się uduszę, że jestem za słaba, że się przegrzeję, spocę i zapalenie płuc murowane, blebleble.

Urodziłam się z rzadkim genetycznym schorzeniem dróg oddechowych PCD. Zanim stałam się podlotkiem non stop chorowałam na różnej maści zapalenia oskrzeli i płuc i zatok. Maluczko chodziłam do przedszkola, szkołę podstawową zaliczałam w szpitalach, byłam taka czwórkowa, przeciętna, szara myszka. (…) Co sezon zimowy to jakieś kaszle, gdzie tu nauka jazdy na nartach? Przebiec boisko? Spoko, dobiegnę do 20 metrów, da mi Pani piątkę? Kolejne Boże Narodzenie w szpitalu? Nie ma sprawy, Babcia przyjedzie z mega kotletem schabowym. Na Śnieżki we łzach wchodziłam. Całe dzieciństwo się bujało. Słuch mi totalnie już upadł. Stałam się głucha.” (Chcę, mogę i się nie boję. Ha! czyli co to jest PCD?)

I tak se żyłam w iluzjach niemożliwości aż do roku 2012. Wtedy zapisałam się na siłownię i pod okiem osobistego trenera rozpoczęłam pracę nad swoją wydolnością oddechową. Z przenośnym nebulizatorem na boku. Po kilku miesiącach efekt był taki, że cudnie wymiatałam na każdym cardio przyrządzie, tylko na bieżni miałam duszności. Nie, to nie była zadyszka, przecież miałabym ją również i na orbitreku czy schodach. Moja trenerka była nieco zaskoczona takim przypadkiem.

Równolegle z łażeniem na fitnessy zmieniłam również swój styl jedzenia – rzuciłam totalnie laktozę (zaflegmia) i mocno ograniczyłam gluten. Uczyłam się jeść surowe rzeczy i praktykowałam swoją schizę czytania etykiet i składów dosłownie WSZYSTKIEGO. Przez kolejne lata konsekwentnie poznawałam swoje ciało i wdrażałam metodą prób i błędów pasujący mi styl życia.

Z siłowni się wypisałam po roku. Znudziła mi się. Zakochałam się w squashu i na niego chodziłam kilka razy w tygodniu. Bieganie odpuściłam. Poddałam się ze świadomością, że przynajmniej próbowałam. Zaakceptowałam fakt, że jednak moje PCD jest nie do pokonania w tej kwestii.

Po operacji w styczniu 2016 zmieniło się wiele rzeczy we mnie samej. Nie minęło kilka miesięcy a już byłam na siłowni. Z ostrymi rygorami od osobistego trenera. Pod jego okiem powoli wracałam do formy, ale i tak go nie słuchałam, chciałam więcej, mocniej i szybciej.

I pół roku po operacji stanęłam na bieżni, ale już z innym programem od kołcza. Który już po miesiącu okazał się wielkim sukcesem (program, nie kołcz). Ani razu nie użyłam swojego inhalatora.

Na siłownię jeździłam w każdy dzień po 12 godzinnej pracy, biegałam po 2-3km na bieżni, lub truchtałam na maksymalnym wzniesieniu, waliłam w worek bokserski, kontynuowałam squasha.

Sukcesem najpierw był jeden kilometr w piętnaście minut, później 3 kilometry w pół godziny, na różnych wzniesieniach bieżni. Robiłam też interwały. Każde takie osiągnięcie było przeze mnie euforycznie roznoszone po rodzinie i znajomych.

Aż tu nagle w hucie, kumpelostwo pstryknęło mi lampką w główce.

Mówię Ci, Aneta, na dworzu lepiej się biega, zupełnie inaczej, niż na bieżni, balansujesz inaczej, szybciej czas Ci leci, patrzysz na drzewka, słuchasz muzy, zerujesz się dużo lepiej niż w tych klimatyzowanych klubach, no kup se zegarek Garmina, powiem Ci który, albo strawę zainstaluj i spróbuj, biega się szybciej niż na bieżni, zobaczysz, że Ci się spodoba.”

No dobra.

Była to zima, styczeń 2017. Miejsce, koło mojego pałacu. Wały królewskie. Rzeka, przestrzeń, te rzeczy. Trasę znałam. Zobaczymy, ile to km wyjdzie.

Okutana w bluzę, chustę na nos & usta i rękawiczki wylazłam. I zaczęłam biec. Wiatru nie było, lekko siąpiło.

Oczywiście nie przebiegłam pięciuset metrów, zadyszka i czeluścia piekieł w klatce piersiowej.

Za szybko” – usłyszałam w środku.

Zwolniłam nieco, wyrównałam oddech i ustawiłam głowę przed siebie. Automatycznie się wyprostowałam.

Przebiegłam ponad 5 kilometrów. W deszczu przy +5’C. W 41min. Wróciłam do domu nieżywa, obolała, czerwona na lickach. Pokazałam wynik mojej psiapsióle, która bezczelnie skwitowała:

Za szybko! Zwolnij!

#&(@&#*@($&@ !!!

Kolejne kilka miesięcy biegałam już po wałach, od 5-8km, przy różnej pogodzie, w deszczu, arktycznych wiatrach, zachodach słońca. Kilka razy się wywaliłam, psy mnie pogryzły, zgubiłam klucze i inne takie. Cały czas skupiałam się na oddychaniu bijąc kolejne rekordy w szybkościach czasowych. Często się pilnowałam, by biec w trybie rozmowy – gadałam na głos sama do siebie. Za każdym razem wracałam czerwona, spocona, ledwo żywa.

Ale psiapsióła dalej mnie z załamanymi rękoma goniła:

Zwolnij, kobieto…

Nie słuchałam jej. Miałam cel – 10km w godzinę. Co też się samo zrobiło w pewien spokojny, deszczowy dzień. To był czas biegania, kiedy całkiem się wyzerowałam, wyłączyłam, zatraciłam się, połączyłam się w jedno z moim oddychaniem, ciałem. Nie wiem jak zleciała ta godzina.

Unikałam biegania w mieście, po co miałam sobie dowalać spalin i toksyn do swoich cennych płuc? I to jeszcze płuc z PCD?

Różne te treningi były, słuchałam ciała, miewałam zakwasy, gorsze dni, niechcemisięwizmy, czasem płuca nie wydalały a dusza gnała, czasem płuca chciały więcej, ale łydki już protestowały, czasem wszyscy chcieli bardzobardzo, ale sztormowy wiatr spychał mnie na boki, czasem po prostu po jednym kilometrze wracałam już pieszo do domu. Takie walki to normalna rzecz przy zwykłym bieganiu.

W międzyczasie pokonałam kolejne swoje lęki i iluzje psychiczne – kilka wypraw górskich, w tym w warunkach zimowych utwierdziły mnie w niemożebnym zachwycie, że jestem wytrzymała, że MOGĘ, i, że to KOCHAM.

Przyszła wiosna. Psiapsióła przyleciała do mnie i organoleptycznie pokazała mi co to jest ten cały slow jogging (uprzednio wykładając mi całą japońską teorię z biblią biegarską od Skarżyńskiego). Przebiegłyśmy razem ponad 7km. Oczywiście ja byłam tą, która wciąż biegając za szybko zataczała kręgi wokół niej.

Nie, to nie dla mnie ten cały slow…

Biegałam dalej po swojemu. Ale coraz rzadziej, bo przyszło ciepełko, lato a oddychać parnym powietrzem już nie było tak fajnie. Rześkie poranki również niewiele pomogły, nie mój zegar biologiczny. Jeździłam nad morza, biegałam po lasach tamże, po traktach wzdłuż plaż, ale wciąż było za ciepło. Zatęskniłam za zimą, za chłodem. Odpuściłam bieganie.

I przyturlała się w końcu zima. Odwlekałam wciąż moment wyciagnięcia biegarskich butów, zawsze znajdowałam wymówkę – to ta leniwa egotyczna Crystal znajdowała, nie ja, chociaż przedtem Crystal wielokrotnie mnie też sporo motywowała „Dawaj, jeszcze piętnaście minut, dasz radę, będzie fajna focia na insta z Twoimi #pcdwarrior hasztagami„.

Ale nastąpił ten moment, że mnie po prostu wzięło, w pięć minut byłam ubrana, ściągnęłam aparat słuchowy i już mnie nie było. Ciało od razu znalazło swoje tempo, wzrok ustawiłam na wprost przed siebie i w milisekundzie zalała mnie cicha pustka.

ZACHWYCIŁAM SIĘ !!!

Później na strawie sprawdziłam, że stałą trasę 6 kilometrów zrobiłam w ponad godzinę. Tempo fiu fiu, typowo slow.

CO TAK WOLNO??”

Ale momentalnie się zreflektowałam.

Hej, hej, przecież ja jeszcze mogę iść dalej biegać… I nie jestem czerwona. Nie jestem spocona. Nic mnie nie boli. Przecież ja nuciłam Budkę Suflera pod nosem kilka razy… E?

No, jednak mi się to spodobało. Wyzerowałam się totalnie.

Kilka dni później poszłam znowu. I znowu. I znowu. Za każdym razem ponad godzinka i totalny reset w głowie.

Zmieniła mi się energia fizyczna– porzuciłam squasha i boks, oraz energia wewnętrzna – przypadków nie ma swoją drogą, także tym razem do codzienności wlazły rytuały tybetańskie, i jakieś tam elementy jogi.

Nie taki gupi ten cały slow. Nie taki gupi… Nawet sensownie brzmi. I moje płucka to lubią, ciało odnalazło w końcu swój rytm, spokój, zharmonizowało się.

Musiało upłynąć 35 lat, bym uwolniła siebie i ciało od iluzji, od matrixu medycznego. Bym zaufała sobie a nie tym, co ponoć mnie znają lepiej.

Slow jogging jest super. Zwłaszcza w zimowym warunie, przy piździowatych wiatrach z Arktyki, przy srogich deszczach (nie walczysz tyle z pogodą co przy zwykłym bieganiu), przy krystalicznie rześkich niebach z obłoczkami. Jest po prostu uzależniający. O zaletach wolnego biegania przeczytacie wszędzie na internetach np tu:Slow Jogging Polska i wbrew pozorom jest świetną bazą treningową na maratony (w planach za X lat). Przy slow Twoje mięśnie pracują więcej, tlen do krwi dostaje się dużo szybciej i jeszcze z tego wszystkiego masz przyjemność. Bo tutaj nie skupiasz się na swoim oddychaniu, na zadyszkach, byledomety, bylepięćminut, nie klniesz i nie żalisz się pretensjami „CZEMU JA NIE MOGĘ BIEGAĆ? CZEMU MNIE KOLANA BOLĄ??”

 

Z biegania masz mieć czysty #rungasm #biegazm, masz słuchać ciała i dostosować się do jego rytmu a nie rytmu medialnego. I zostaw empetrójkę ze słuchawkami w domu. Nie ma co się bać swoich myśli.

 

Nie biegam, bo to modne i wszyscy biegają. Nie biegam, bo muszę wciąż odflegmiać płuca przy moim PCD i robić inhalacje po każdym treningu ani tym samym cośkolwiek sobie/innym udowadniać. Nie biegam, by wstawić słit selfi na instagrama z rekordem 10km w pół godziny. Nie biegam, by wyprostować moje krzywe nogi lub schudnąć, zwisa mnie to.

Biegam, bo chcę się obudzić następnego dnia rano.

Biegam, bo chcę się resetować, zerować, bo kocham tę moją ciszę w środku, bo kocham te nieistnienie, tę jedność ze wszystkim. To inny rodzaj trwania ‚tu i teraz’, niż ten, który miewam normalnie, te biegarskie ‚tu i teraz’ jest głębsze, pełniejsze, wyraźniejsze.

Biegam, bo mnie uzależnia, bo mnie po prostu bierze.

 

Ściskam <3