Dziś o pasji, hajsie i kręceniu biznesów.*

Wczoraj oglądaliśmy z Mr A jakiś odmóżdżający film typu “zabiligoiuciekł”. Mr A komentował go po męsku, zwracając uwagę na nielogiczność wydarzeń i zachowań aktorów (ja zresztą też, ale w myślach, przecież wiem, że to film no). A aktorzy iście znamienita czołówka holiłudzka. I po skończeniu filmidła rozmowa zeszła na tematy matrixowe.

Bo jak taki znany i całowany po kończynach aktor (Łil Smit) mógł się zniżyć do takiego ‚zabiligoiuciekł’? Żadnego przesłania, żadnych wzruszeń, żadnych emocji ten film nie wywoływał. A Łil miał właśnie zwyczaj w takowych grać. I robił to arcymiszczowsko. No a teraz?

No, ale przecież o to chodzi.

O co?

O kręceniu biznesa.

Łil ma już wypracowany swój prestiż medialny. Jest wszędzie, promuje siebie i zarabia swoją twarzą już poprzez samo jej pojawienie się.

Łil jest też doświadczony w swoim fachu, wie z czym się ten fach je i pije. Wykorzystuje to świadomie. Aktorstwo jest jego pasją a on na tej pasji zarabia. Lubi grać więc se gra. Wybiera scenariusze takie jakie mu pasują, ale też takie, jakie są aktualnie na chodzie.

Ludzie chcą ckliwego dobra i łez? To weźmie ten skrypt. Ludzie chcą LOTR-owskich orków i krwi? To weźmie taki.

Łil kocha grać, kocha aktorstwo, kocha zarabiać. Kocha robić i kręcić swoje biznesy. Zarabia swoją unikalną marką.

 

A nic bardziej nie motywuje do zarabiania zilionów niż własna, oryginalna marka.

 

Łil jest świadomy prawa biznesowego. Tak jak i wielu podstarzałych aktorskich weteranów holiłudzkich. Oraz wielu multimilionerów wszelkiej maści.

Wszyscy oni kochają swoją pracę, która jednocześnie jest dla nich pasją.

Pasjonuje ich zarabianie. Pasjonuje ich kręcenie własnego biznesu, własnej marki.

Wszyscy oni mają świadomość energii pieniądza. Bo pieniądz jest energią, wibracją i jak każda energia musi fruwać, płynąć.

 

Pieniądz musi być w ruchu.

Żeby coś dostać trzeba coś od siebie dać.

Żeby coś zarobić trzeba się „troszku” naharować.

Żeby coś zyskać trzeba coś wydać.

 

I nawet jeśli już śpisz na zilionach zielonych i tak trzeba wydawać te ziliony.

Tak, tak, trzeba.

Ale…

Opiszę to na innym przykładzie, prostszym.

Jesteś śpiącym numerkiem w korpo, pracujesz do dziewiętnasej, wracasz do skredyciałego pałacu, z żonką i słoneczkami. Siadasz przed tiwi, bigos i puszka piwa pod nosem, w tle narzekania żonki i hałasy słoneczków. Masz dosyć. Marzysz o malejdiwach i innych kanarach. Jesteś znużony, podminowany i w ogóle chcesz to wszystko rzucić w pizdu.

Marzysz o szóstce w totka.

I jak na zawołanie – następnego piątku wygrywasz tę szóstkę. W jednej sekundzie jesteś niesamowicie bogaty, bogatszy od Midasa.

I co teraz?

Śpiący numerek rzuca pracę w korpo, spłaca skredyciały dom, zabiera familię i wynosi się na wieczne malejdiwy.

Które po dwóch latach wiecznymi już nie są. Bo ta szóstka nagle się skończyła po wczorajszym obiedzie w podwodnej restauracji.

I gościu znowu staje się numerkiem w korpo. I znowu wraca do skredyciałego pałacku. Obwinia siebie za rozrzutność i nierozsądne wykorzystanie wygranej.

 

Pieniądz jest energią. I jak każda energia – nie jest ani dobry ani zły.

 

To my tę energię szufladkujemy. My sami zamieniany energię pieniądza na dobre i złe cele, zgodne z naszymi intencjami i potrzebami.

Pieniądz jest energią, jest świadomością, nie jest głupi. Jeśli zostanie dobrze zagospodarowany, dobrze zainwestowany i będzie w nieustannym ruchu – wróci, obrośnie, spotęguje się.

Jeśli znajdziesz grosika na ulicy – nie zatrzymuj go sobie. Podziękuj za znalezienie, za farta i… wydaj. Ale na coś dla siebie. Bo Ty go znalazłeś, Tobie się należy ta nagroda za znaleźne.

Dotyczy to każdego, kto ma własną firmę mafinków, inwestuje w mieszkania na Srilance, pracuje w hucie czy dostaje emeryturę.

Zawsze dostajemy i zarabiamy tyle pieniędzy ile wydajemy, ile ich puszczamy w obieg, w ruch. Często jest tak, że nasz miesięczny zestaw wydatków jest sporo wyższy niż miesięczny przychód. Zadziwiające, prawda? A mimo to – jakoś kasy nam nie brakuje. Kupujemy to, jemy tam, bierzemy udział w tym. I hajs się zawsze znajdzie.

Łil o tym wie. Każdy multimilioner o tym wie. Robią to co kochają, kochają to co robią i kochają patrzeć jak ich pieniądz się obraca. Napędza ich to, popycha do przodu, pasjonuje.

Łil wie, że aktorzenie jest formą zabawy. On się bawi, i jeszcze na tym zarabia. Bierze role dla zabawy, bo lubi, bo fascynuje go odmienność i różnorodność tej zabawy. A hajs jest tylko miłym skutkiem tej całej frajdy.

A ziliony można spożytkować na wiele sposobów – lokalne organizacje charytatywne (bo wiadomo, że w tych większych CEO kosi 80%), pomoc młodym firmom, kupno prezentów nie-urodzinowych kuzynkowi, kupno rudery na jakiejś wsi i wyremontowanie i wynajęcie jakiejś stażystce, która przyjechała do banku na staż (widzisz, z nieba jej spadłeś tym mieszkaniem, bo gdzie na takiej wsi mieszkania znajdziesz?), można też pobawić się stabilnymi obligacjami i akcjami, można też otworzyć kolejną filię swojej firmy i dać zatrudnienie tamtejszym ludziom, można kupić ciepłą kurtałkę w tikejmaksie i nosić ją przez kolejne zimy (i narobić romantycznych wspomnień z nią), można kupić przepłacony ajfon swojemu synalazkowi, by mógł mieć kontakt z Tobą zza końca świata (tak naprawdę ten ajfon kupiłaś sobie, bo chciałaś zobaczyć widoki z tego końca świata oczami synalazka), można pracować w hucie za grosze i wydawać hajs na kanadyjskie ciuchy i jeździć w Alpy na kursy wspinaczki lodowej. Da się? Da się.

 

Dopóki pieniądz w ruchu dopóty nic Ci nie grozi. W jakiś sposób energia pieniądza zawsze będzie do Ciebie wracała. Poprzez okazje, poprzez przypadkowych ludzi, poprzez oferty pracy i propozycje dodatkowych zarobków.

 

Tylko trza to wykorzystać.

Oszczędzanie też jest potrzebne. Jeśli masz cel, jesteś konsekwentny i wiesz, że dobrze wydasz – to jak najbardziej. Ale nie zapominaj, żeby nie oszczędzać jak Skrudż, co do pensa. Odłóż coś, owszem, ale to co zarobiłeś – też wydaj dla siebie, dla domu, rodziny. Z rozmysłem.

Kredyty są be. Dają pozorne bezpieczeństwo, czynią Cię niewolnikiem państwa i banku. I  czynią Cię niewolnikiem negatywnej energii pieniądza. Tutaj zarabia tylko bank i rząd. Tobie pozostaje drobnostkowe, domowo-rodzinne inwestowanie energiami. I tak też jest dobrze.

Przecież jest Ci spokojnie tam, gdzie jesteś, prawda?

Na miejsu Łila tak samo bym zrobiła. Jeśli on gra nawet w takich wysokobudżetowych miotach i jeszcze na tym zarobi, to czemu ja też nie mogę?

Wilk syty i owca cała.

Artyści tak mają, tworzą swoje rozpoznawalne marki, promują swoje talenta, ale takie marki tworzą też gospodynie domowe (sławne pierogi na osiedlu) i numerki w korpo (porady hodowlane w stowarzyszeniu kynologicznym).

Ja z kolei kocham pisać, i jeśli ludzie będą chcieli cośkolwiek ode mnie to im to dam. I jeszcze chętnie za to zapłacą. Ale jeszcze wszystko przede mną. Najpierw muszę stać się swoją oryginalną marką.

 

Wam też tego życzę. W końcu zasługujemy na szczęście, na robienie tego, co kochamy 🙂

 

*tekst eksperymentalny – obserwacja reakcji czytelników, następna notka będzie moja, wyjaśniająca

 

Ściski <3