Anetka przypadków w życiu nie miewa. Ale to też nie znaczy jeszcze, że przeznaczenie istnieje. 

W lutym weszła do tikejmaksa w Cambridge. Tak o. Poszła na dział z torebkami, chyba nic ciekawego nie było. Przechodziła obok okularów i pomyślała, że sobie poprzymierza dla zabawy. I tak słońce na zewnątrzu raziło mocno w oczy, a Anetka, jak zwykle, swoich zasłużonych ołklejów nie zapakowała. Bo słońca miało nie być. No dobra. Stoi, ogląda i mierzy, wyciąga jakieś z półki z promocjami. I nagle…

 

Baaammm!… 

 

Jeśli istnieje miłość od pierwszego wejrzenia do rzeczy materialnych, i to taka dozgonna, to Anetka właśnie wpadła po uszy. A właściwie to jej Maleństwo & Crystal do spółki. Pełna synchronia i harmonia materializmu z duchowością. 

Bo okulary były i są szyte na miarę głowy Anetki. Lekko skośne, ale skąd Anetka miała wiedzieć, że taka moda? Mocno lustrzane a to bardzo, bardzo lubi. I w tym wszystkim dwa najważniejsze czynniki:

 

  • widoczność zza szkieł – kategoria kategorii nierówna, polaryzacja polaryzacji nierówna, to nie jest górska kategoria, ale okazało się, że pod słońce można spokojnie patrzeć bez mrużenia ocząt. No i wyjechana w kosmos polaryzacja nad polaryzacjami, w ledwo oświetlonym pomieszczeniu sklepu Anetka widziała bardzo wyraźnie każdy detal, musiała zdjąć okulary na chwilę, bo jej się przywidziało, że chyba wzrok jej się polepszył… Anetka nie kupuje okularów za funta u Primaniego czy cztery złote w lokalnym Grosiku, zwyczajnie w nich nie widzi. Po co ma sobie jeszcze psuć i męczyć oczy, starczy jej, że głucha. 

 

  • cena – bo Anetka wybredna i stawia jakość dożywotnią nad ilość copółroczną i dlatego Anetka przed niemal każdym zakupem w tikejmaksie prześwietla w swoim telefonie internety, czy daną rzecz można gdzieś taniej znaleźć lub ile kosztuje w oryginale. Sprawdziła model okularków – Marciano by Guess i jakieś tam numerki. Ło… oryginalna cena faktycznie £119. Nieco niższa widniała na tikejmaksowej metce, bo ledwie £56. Plus dochodzi promocja sklepowa, bo to outlet oraz dodatkowo posezonowa (w lutym się kończy lato, jakbyście nie wiedzieli), to Anetka te okulary ma za… £15.

„MOJE.”

 

____

 

Minęło trochę miesięcy.  Wczoraj wracam sobie z centrum przez pareczek. Celem jest moja ławeczka. Jest upał, słońce się wydziera, niebo błękitne, chmury wielkie, kłębiaste dodają kunsztu obrazkowi. Sielanka. Kroczę sama szeroookim chodnikiem, ludzi nie widać, więc pozwalam sobie na obserwację nieba. 

 

Moje Maleństwo kocha latać, doznaje euforii i dzikiej radości przy schodzeniu samolotu na niższe wysokości i TEN moment, dłuuuuugi moment, kiedy blaszany, ogromny ptak z turbulencyjnym dostojeństwem próbuje przedrzeć się przez gęste, watocukrowe obłoki. 

 

Dlatego Anetka ZAWSZE bierze miejsca przy samoprzylepnym oknie, które w tych chwilach jest caluśkie jej i tylko jej.  I wczoraj, te obłoki, oniryczne niemal, utęsknione, zachwycające. A miałam na nosie okulary, te, które poprawiają wzrok. I nagle cichutkie…

„Łaaaaaaał…”

 

Rozpuściłam się, roztopiłam się w powietrzu, w obłokach, w przestrzeni.

 

Bo, gwiazdeczki moje, te moje okulary naprawdę wyostrzają wzrok.   Wydzierając niemal cały czas swoją szyję, pozwalając wiatrowi zefirkować moje rozpuszczone włosy, odkrywałam na nowo niebo. Chmury tak właściwie. Bo ja serio nie wiedziałam, że chmury na odległość potrafią być 

trójwymiarowe. Albo czterowymiarowe?

 

To zupełnie inne doznanie zmysłowe, będąc i latając pomiędzy obłokami tam wyżej, a zupełnie inne będąc na dole.

 

Przy następnym locie dołączę do zestawu „Anetka + fotel przy oknie” właśnie te magiczne okulary.

 

No szłam sobie tym szerokim chodnikiem i co chwila się zatrzymywałam, by pooglądać całe sklepienie nade mną. Każdą chmurkę, każdy maleńki, ale ciężki obłoczek. Wyraźnie widać było zarysy, kontury, wgłębienia, cienie i odcienie, rozjaśnienia, uwypuklenia. Zachwycona byłam, jak fantastycznie jest zaprogramowany hologram wokół Gai.

 

O patrzcie tutaj.

 

Doszłam w końcu do tej ławeczki, odstawiłam na chwilę telefon, rozmawiałam akurat z Panem Cynamonowym. Ściągnęłam sandałki i wlazłam na kłującą od suszy trawę. Chciałam coś sobie potwierdzić. 

Żeby trzeźwo odlatywać „poza głowę” zawsze, ale to zawsze trzeba się uziemić. 

 

No stałam sobie, stópkami na cierniowej trawie, z głową w chmurach, totalnie pusta, roztopiona, rozpuszczona energetycznie i rozkminiałam na nowo niebo. 

 

I zadałam sobie pytania:

„Jak to wszystko może być złe? Dlaczego ludzie chcą z tej Gai uciekać? Czy jeśli te niebo to hologram, a hologram ponoć powstał rękami „złego” matrixa, to moje odczuwanie też jest „złe”? Czy radość i bycie dzieckiem jest „złe”?”

 

Przecież matrix działa na zasadzie intencji, i nie tyka tych, którzy są połączeni ze swoimi duszami. Brak połączenia z własną duszą daje Ci poczucie gorzkiego osamotnienia, wyalienowania i niezrozumienia przez otoczenie. A tu już bardzo łatwo o strach, karmienie strachem strachu, o fałszywe duchowe ego, o depresje na tym tle, bardzo łatwo. Matrix to strach, smutek, przygnębienie, dusza to dziecko, beztroska, spontan, dochodzi jeszcze bezbronne ciało. Ujarzmić te wszystkie ustrojstwa na warunkach ziemskich jest bardzo ciężko. Duszy trzeba nałożyć smycz.

Przy pomocy matrixowego ego, możliwości ciała oraz własnej świadomości trzeba zwyczajnie WYCHOWAĆ swoją duszę, pokazać jak dziecku jej życie tutaj, słuchać co ma do powiedzenia, nie kontrolować jej, dawać jej hasać, świrować, odczuwać po swojemu. 

 

To jest wzajemna współpraca, nauka i harmonia. 

 

Wielu z Was chce uciekać z Gai, bo zwyczajnie nie ma połączenia ze swoją Duszą. Lub co gorsze, myli ją z duchowym ego. Bo różnica na tym tle jest bardzo subtelna.

 

  • Dusza to dziecko, a dziecko nie ma strachu, nie boi się, patrzy na świat poprzez pryzmat swego serca, widzi & czuje głębiej, autentycznie. 
  • Ego duchowe ocieka strachem, niszczy ciało od środka (niedobór niacyny, B3), zatrzymuje w miejscu, jest głazem z łańcuchami przykutymi do Twoich stóp. Nie polatasz, sory. Nie zauważysz wielowarstwowych, wielokolorowych obłoków, zobaczysz „płaskie” białe plamy na niebie. 

 

Wielu z Was świat widzi poprzez zwykłe okulary, zerówki, najtańsze bylejakości z Grosika lub Primaniego. Aczkolwiek fikuśne, zmieniające się co sezon, kształty tychże okularów wcale nie zamaskują Twojej „mądrości” i „wiedzy” na temat działania mechanizmów matrixa & Gai & Kosmosu. Bo trzeba nadążać za modą ezoteryczną, za wymiarami, za uduchowionymi weganizmami, bo tak „celebryci mówią„. To, co posiadasz w środku jest Ci wierne, czeka tylko na odkrycie. Jesteś cebulką – nie zmieniasz ani nie farbujesz wierzchnich warstw „prawdy”, tylko je odkrywasz.

 

Siedząc na ławeczce, rozmawiałam z Panem Cynamonowym o podróżach, o doświadczaniu ryzyka, o byciu w ruchu. Dusze mają swoje wspomnienia, swoje sprawy, ciągnie je w zaskakujące dla rozumu miejsca, chce wracać tam, tam i tam, a człek niby głupi, „słucha” się jej, kupuje drogie bilety lotnicze i leci tam, nie wiadomo po co tak właściwie. Oczka nacieszy, selfie porobi, lokalną kulturę pozna, ale nie dowie się dlaczego tak naprawdę znalazł się w TYM akurat miejscu.

 

W dwuwymiarowym, płaskim świecie na pewno się nie dowie.

 

Życzę każdemu z Was znalezienia takich magicznych okularów, czegoś, co pozwoli Wam spojrzeć na świat, na życie z zupełnie innej perspektywy. Zachwyci na nowo, zaskoczy. I przypomni Wam jak to jest być znowu dzieckiem.

 

Przecież odczuć z dzieciństwa się nie pamięta. Pamięta się traumatyczne momenty, płacze, żale, rozczarowania, rzadziej chwile na huśtawce, na karuzelach, smaki pierwszego lizaka, błota i piasku w buzi. Dzisiejsze dzieci przegapią zmysłowe doznania, ich wspomnieniami będą dwuwymiarowe telefony i sztuczne rzeczywistości w plastikowych kaskach na głowie. Gaja będzie dla nich nudną abstrakcją. 

 

Tak jak teraz jest dla Was, tych fałszywie przebudzonych, pobyt na Gai smutnym przeklęciem i karą. Zero radości. Zero pasji. Zero spokoju. Zero dziecka. Liczy się strach. Co z tego, że żniwiarski transhumanizm.

 

Przecież sam wpadasz, się pchasz ślepo i ochoczo w te „żniwa” taką postawą. 

 

I jeszcze raz mówię i powtarzam – w duszach nie ma strachu.

 

A tych, którzy jeszcze nie czytali mojego ebooka o wierze i byciem dzieckiem na Gai – „delikatnie” szturcham.

A propo tego mojego ebooka – wczoraj fajne potwierdzenie dostałam – pośrednio okazało się, że ktoś z drugiej strony świata ma niemal te same podejście co ja. Czy ktoś mi powie, skąd ta wiedza się bierze?

 

Czy matrix potrafi dawać TAKĄ radość, której energia praktycznie nie ma końca, nie wypala się, nie masz jej dosyć, jest nieskończona?

 

Ruszcie się i zacznijcie w końcu żyć jak chcecie. Bądźcie PONAD tym wszystkim. 

 

Gaja jest cudna. A życia tutaj się nie bierze na poważnie. To tylko chwila w iluzyjnym bezczasie. Gra, scenariusz, jakich wiele w całym Kosmosie. I tyle.

 

ucieczka z Gai anetka