Czym się różni codzienny ekoweganizm od #eko #vegan?

Dzisiaj jedziemy po fanatykach bio & eko lajfstajlu. Na tym polu też sporo hipokryzji się znajdzie. No, ale, że żyjemy w strachliwym, goniącym wciąż do przodu, świecie, co poradzić? Trzeba nadążać.

Życie takie ekologiczne, minimalistyczne, wegetariańskie, wegańskie, itd nie powinno być modne, hipsterskie i na pokaz.

Ale takie jest, niestety.

Czemu niestety?

Bo wszyscy tak robią, bo trendy, lubimy to, co się lansuje na czasie i błyszczy hasztagami #eko #bio #vegan #niejemzwierząt na instagramie, no i więcej lajków się przy okazji uzbierze. Ego się łechce do kosmicznych gór.

Ego nie jest nasze, jest ziemskie, jest wbudowane, jest matrixowe, jest strachliwe, jest fałszywe. Każdy z nas go ma, każdy z nas go słucha i żyje z nim na codzień. W zdrowym życiu na social mediach to ego nas prowadzi a nie my sami.

Ego lubi być modne, bo żyje w strachu, że nie nadąży za matrixem, za jego kultem ciała, byciem pięknym, pseudoszczęśliwym i pseudopozytywnym.

Dziewczyny reklamujące wegański styl życia, przesiadujące na maratonach i robiące tamże selfie do instagrama myślą, że szanują i dbają o swoje ciało?

Nie.

Mężczyzni reklamujący organiczne odżywki zaaprobowane przez matrixową FDA i robiące selfie swoich organicznych muskuł do luster na siłowniach, myślą, że dbają o swoje ciało? (o, kilka fotek dalej, bo masa i wiecie, trzeba zjeść 2kg zgrillowanego w folii aluminowej organicznego kurczaka i 4kg awokado z Lidla, ewentualnie jakiegoś XXXL burgera w hipsterskiej restauracji – skład burgera pomijam).

Nie.

Czy kobieta, która reklamuje organiczne kosmetyki tak naprawdę wie co za nimi stoi? Koncern Loreala? Czy wie co oznaczają nazwy w takich kosmetykach? I, że zielone znaczki eko mogą być skorumpowane? Lub, że nazwa z przodu opakowania nie jest równa składnikom z tyłu? Co z tego, że francuska firma, skoro jej kosmetyki robione w białych rękawiczkach? Nie testowane na zwierzętach, ale zawierające alkohol? Biorę. Serio? Czy ta kobieta ma świadomość, ile trucizn z organicznych kosmetyków w plastikowych opakowaniach (na pewno bez BPA?) przedostaje się do jej skóry? Wie o tym?

Nie.

Costa niedawno wprowadziła kubki wielokrotnego użytku dla hipsterów uzależnionych od cukru. Osłodziła sobie i nam poczucie winy, że zaśmiecamy świat. Dobre i to. Pochwalam.

Można by wymieniać. Ja tylko przewijam dalej. Taki styl życia kompletnie mnie nie rusza. Jest fałszywy.

Ego jest wąskie, ograniczone, lubi łatwe i szybkie rzeczy, które są na topie, kolorowe i błyszczą tak ekologicznie.

Ekologia jest modna.

I matrix to wykorzystuje.

A my się mu ślepo poddajemy.

Jak się z tego wywinąć?

Nie jest łatwo. Zawsze gdzieś w nas zostaje strach “Co ludzie powiedzą?” albo “Trzeba dać ludziom to czego oczekują”

czyli aktualny styl życia.

Od małego byłam na wiele “NIE”. Ale dopiero tak od 5-6lat zaczęłam żyć świadomie, rozkminiając moje ego i intuicję oraz nakazując je do wzajemnej współpracy ze sobą.

Się udało i się zaczęło.

Większość godzin (żeby nie powiedzieć cały czas) podczas dnia jestem wyłączona, bez myśli, w medytacyjnym stanie ‚tu i teraz’. Moje ciało nieświadomie, poruszając rękami, sięgając do lodówki, robiąc zakupy na Amazonach i sklepach/targach, czytając zyliony blogów i artykułów, śniąc o równoległych światach, słuchając intuicji i potrzeb fizjologicznych/biologicznych ciała konsekwentnie wprowadzało mnie do stylu życia jaki teraz prowadzę. Były to lata srogie, pełne błędów, przejęzyczeń, wpadek, okupione wyrzutami sumienia, ślepotą na pewne sprawy. Jednak wierzę, że do wszystkiego musiałam dojrzeć w swoim czasie. Fala za falą, energia za energią, ludź za ludziem, lustro za lustrem – moje wibracje systematycznie rosły w siłę. Moje ego zyskało imię i stało się ważnym sojusznikiem w codzienności, wie, że nie ma już nade mną władzy, że jego emocje, myśli i słowa nie przejdą przeze mnie niekontrolowane.

Wskutek tego wszystkiego zaczynałam powoli od zmiany jedzenia. Ze względu na zdrowie, które było i jest najważniejszą częścią mego życia. Jeszcze nie wiedziałam, że z czasem moje ciało intuicyjnie zaczęło odstawiać szkodliwe i toksyczne produkty. Tak się narodziła moja upierdliwa schiza czytania etykiet.

  • Z laktozy zrezygnowałam wiele, wiele lat temu, zaraz po maturze chyba. Tatuś przypadkiem rzucił hasło i bez namysłu odstawiłam. Laktoza zaflegmia, przyczynia się do wielu chorób. Google się kłania. Przestałam chorować i brać kilkanaście antybiotyków rocznie. Nie jem również produktów “Bez laktozy”, gdyż nabiał zawiera również kazeinę, która szkodzi tak samo. W ostatnich biorezonansach wychodziła mi za każdym razem alergia na nabiał. Na pizzę biorę wegańskie serki na bazie oleju kokosowego, ale generalnie nie ciągnie. Świeża śmietana od babci, którą się zajadałam jako małe dziecko to nawet w 0.0001% nie jest tą samą śmietaną z marketu. Laktoza jest silnie uzależniająca, widać to na przykładzie żółtych serów, tostów, pizz. Jest zabroniona podczas przeziębień – silnie zaflegmia organizm, wieczny katar się kłania. A mleka roślinnego z marketu nie kupuję w ogóle, raz, że nie potrzebne mi do niczego a dwa, że to więcej wody niż rośliny/ziaren; jeśli potrzebne mi do racuchów lub naleśników lub ciast to robię sama tyle, ile potrzebuję.

 

  • Do mięsa awersję miałam od zawsze. Próbowałam wciskać coś od czasu do czasu, bo żelazo, bo białko, bo anemia, bo hemoglobina, bo wołowina, bo bez konserwantów, bo ciocia robiła, bo zdrowe, ale w efekcie zawsze wychodziło na wielkie ‚NIE’. Po zjedzeniu mięsa czułam się bardzo zdołowana i jakby ‚uwsteczniona’. Pomijam kwestię produkcji mięsa – lepiej zasłonić oczy i udawać, że takie rzeczy nie istnieją, prawda?

 

  • Pszenica – tak, ona też uzależnia. Gorzej i bardziej niż cukier, bochen białego chleba podnosi cukier we krwi dużo szybciej niż snikers. Pieczywo zaczęłam odstawiać pół roku temu a definitywnie kilka miesięcy temu, było ciężko, bardzo ciężko. Głód siedział nie w moim brzuchu, ale w mózgu. Narkotyk. Plus na teraz – jakoś lżej i na mózgu i na brzuchu. I już mi nie tęskno za białymi, chrupiącymi bułkami. A jak tęskno – to pokłócę się z ego i rozważymy sobie za i przeciw. Wiadomo, co wygrywa. No i jeśli już naprawdę źle to oszukuję go poprzez ugotowanie makaronu lub upieczenie chleba gryczanego.

 

  • Gluten – hipsterski? Nie sądzę. Nie da się go odstawić z tygodnia na tydzień. To czasem wieloletni proces, gdyż jego jest dużo i niemal wszędzie. Ciało samo wyczuwa co mu służy a co nie. Płatków owsianych nie jadam, kasza jaglana niezbyt często, pęczaku w ogóle, ryżu białego unikam, jadam ryż jaśminowy organiczny lub czarny pakowany próżniowo, bez możliwości pleśnienia, bo pleśń uśmierca organy. Brązowy mi nie służy. Hurtem wcinam kaszę gryczaną niepaloną, fajnie odkwasza. Co z pieczywa? Chleb żytni mi nie halo, ale czysty razowy już tak, uwielbiam. Piekę własny z mąki gryczanej, ale rzadko, nie mam potrzeby. Lub z mąki konopnej z ziarnami. Mąka kukurydziana (makarony z niej też) nie, nie i nie. Dlaczego? Kukurydza jest GMO, a glifosaty są be. Nietolerancja glutenu to zatrucie glifosatami, więc dlaczego kukurydza nie jest glutenem i powszechnie wpisana w dietach bezglutenowych? Heh? Matrixowe mydlenie oczu? Tak samo sprawa z soją, bardzo, bardzo GMO, no chyba, że mieszkasz w Japonii i jesz fermentowaną. U mnie bardzo na nie, zło to samo co laktoza, mięso i pszenica oraz

 

  • Cukier – jest WSZĘDZIE. Syrop glukozowy, aspartam, syrop fruktozowy i inne takie mieszanki. Bardzo silnie uzależniający, przyczyna candidy, grzybic a stąd już krok do raków i cywilizacyjnych chorób. Dodawany nawet do makaronów, wędlin, konserw rybnych, pasztetów (na równi z pszenicą i soją), kolorowych wód, czyli tam, gdzie go się nie spodziewasz. Zastąpić można ksylitolem z Finlandii lub stewią. Nutellę robię sobie sama z daktyli, kakao, oleju kokosowego oraz orzechów. I to rzadko. Jak masz dobrze skomponowane żarcie na codzień to nie masz pociągu na sztuczny cukier, tak jak ja. Nie posiadam cukru w domu, mam ksylitol tylko, od roku nieotwarty zresztą. Ciasta piekę rzadko, te jakoś cukru nie mają w swoim składzie. Śniadaniowe owoce skutecznie uzupełniają mi poziom cukru. Ratują też niesiarkowane suszone owoce. Lub gorzka czekolada 100%. Bo nawet w tej z 90% znajdziesz i mleko i cukier.

 

  • Higiena – woda utleniona 3% (nie, nie jest zabójcza) z płynem Lugola do codziennego płukania jamy ustnej; rosyjskie (bo Rosja bez GMO) pasty bez fluoru od wielu lat, czasem pasta z sody + wody utlenionej na drewnianą szczoteczkę i myju, by odkazić od grzybów i bakterii i pozbyć się osadu, raz na tydzień. Organiczne, bawełniane płatki kosmetyczne wielorazowego użytku, których i tak w ogóle nie używam, bo się zwyczajnie nie maluję (nie mam żadnych cieni do powiek, kredek, pudrów, kolorowych szminek, lakierów do paznokci –> wszechobecna ropa!! bleeeurrghh), no, używam od wielu lat na usta Crazy Rumors w różnych smakach. Przywiozłam też z Tadżykistanu naturalny khal (kajal) do oczu, całkiem dobry nawet. Używam tylko tuszu do rzęs z Lush UK lub Bourjois (mam piękne oczy Indygo i chcę je eksponować). Mycie buzi – firma tylko i wyłącznie Sukin, krem (trzymam rok lub dłużej) i żel do mycia twarzy, używam sporadycznie, buzię myję wodą z kranu, bo co mam właściwie myć skoro makijażu nie robię? Balsamów do ciała nie posiadam, nawet nie tknę ich na moją skórę, wiedząc co w nich się zawiera (alkohol, lanolina, ble), kiedyś używałam olejku z jojoby 100%, zresztą, nic tej skórze nie jest więc po co? Żel pod prysznic? Różnie, w TkMaxxie można znaleźć różne cuda z Nowej Zelandii (często kupuję By Nature), Australii, Tajlandii czy Rosji, czyta się skład i się bierze, uwielbiam! Kapię się w soli Epsom (siarczanie magnezu), jeśli chcę klimat to zapalam świece i wrzucam bombę kwiatową z Lush, ale częściej od lokalnych, domowej roboty gospodyń. Kremów do rąk nigdy nie miałam, nie używałam, może dlatego mam takie gładkie i niezniszczone od nich. Szampony również bez tych ustrojstw (sulfitów, parabenów, itd), aktualnie kokosowy od londyńskiego Natural World – hurtowe opakowanie → mniej śmieci. Podpaski bawełniane, bez chloru, bez wybielaczy, drogo, ale warto. Miesiączkujące kobiety mają do wyboru jeszcze wielorazowe podpaski lub kubeczki menstruacyjne, które sama stosowałam w przeszłości (MoonCup). Perfumy – bez alkoholu, znajdą się w ekosklepach, chociaż mam takie, które stoją już 9 lat. Dezodorant? Wierzcie mi, że da się obejść bez nich. Rok eksperymentowałam z różniastymi i stwierdziłam, że brzydkie zapachy są tylko po ich używaniu. Po bieganiu wystarczy prysznic i żadnego smarowania się tam. Nawet jeśli na opakowaniu pisze, że bez aluminum i alkoholu to na bank z tyłu na liście składników będzie alkohol (przynajmniej w 99% tych marketowych). Ostatnio próbowałam jakiś wegański z TkMaxxa i problem brzydkiego zapachu wrócił. Odstawiłam. Lepiej mi bez nich. Co do odkażania ran – w życiu by mi nie wpadło by spryskiwać szkodliwym octeniseptem, który już szczęśliwie wykończyłam przy odkażaniu ubikacji. Zwykła woda lub woda utleniona starczą.

 

  • Codzienne jedzenie – na czczo piję woda + polski pyłek pszczeli/miód manuka z Nowej Zelandii + kwas L-askorbinowy + wyciśnięte pomarańcze/cytryny; zielone szejki w różnych składach: chlorella, spirulina, trawa pszeniczna, jarmuż, szpinak, pietruszka, jabłko (wszystko organiczne lub od lokalnego farmera), na śniadanie albo płatki gryczane z orzechami włoskimi i ziarnami, albo owoce posypane chia/lnem/cynamonem. Często obywam się bez śniadań i jem dopiero obiadokolację. Warzywa & owoce płuczę w kwasku cytrynowym, soli, płynie Lugola, zależy co mam pod ręką. Nie łączę orzechów z owocami. Orzechy mają skłonność do pleśnienia, więc radzę uważać; orzeszki ziemne są GMO –> unikam. W solniczce z solą himalajską (ale nie hawajską!) jest kwas L-askorbinowy, soli kłodawskiej używam dużo, bo lubię i nie grozi mi żadne przesolenie organizmu, to wymysł matrixu. Używam też grubo i gęsto czarnuszki, lubczyku, cayenne + kurkumy, tymianku, i innych. Suplementy typu wit D3, Ashwaganda, z grupy B, zależne od bieżących niedoborów. Organiczna zielona herbata w liściach, z ziół do picia koperek, szałwia, wrotycz, pokrzywa, rumianek, mięta, czystek, pite naprzemiennie. Z olei to mam tylko lokalne organiczne z czosnkiem, z pestek dyni z Polski, oraz lniany,  też oryginalna, lokalnie wyrabiana oliwa z oliwek prosto z Włoch, wszystkie w ciemnych butelkach i trzymane w lodówce. Olej kokosowy również stoi, ale używam go tylko do smażenia racuchów lub naleśników, by były słodkie, no i jako maseczki na włosy. Warzyw nie smażę, duszę z wodą. Ryby podobnie (mimo, że je dość rzadko jem). Zresztą, więcej piekę niż cokolwiek robię na płycie kuchenki. I tak na codzień jem dużo surowego i świeżego. Nie popijam posiłków napojami, odczekuję trochę czasu. Nie piję żadnych coli, gazowanych, słodzonych napojów i soków z kartonów, jestem w trakcie przestawiania się z 5l butelek wody na wodę z kranu. Nie mam mikrofali i nie używam jej już w pracy. Gorące jedzenie to obciążenie dla układu trawiennego, ciepłe jest ok. A, dodam, że jadam 1-2 posiłki dziennie.

 

  • Zakupy – kasze i mąki kupuję w internetowym biosklepie na wagę, przysyłają w woreczkach bawełnianych, w kartonie z trocinami. Warzywa u lokalnych farmerów, jestem arcywrażliwa na kraj pochodzenia – nie tykam niczego z Holandii, Południowej Afryki, Chile, Kostaryka niedawno wydupczyła GMO, z Maroka są nawet smaczne, wiem, że pakowane, ale jakoś muszą przewozić, z Hiszpanii różnie bywa, zależy jaki region, jaka pora roku, generalnie nie mam ochoty na zamorskie owoce, które w większości i tak są dla mnie za słodkie, wystarczą mi lokalne jabłka i gruszki, włoskie pomarańcze, grejpfruty, ananas rzadko, chociaż fajnie odflegmia. Do dziś nie rozumiem, dlaczego ogórki są foliowane, chociaż u farmerów znajdę ‚gołe’. Na zakupy biorę zawsze materiałowe siatki, w aucie mam zapasowe kilka sztuk w razie nagłego wypadu do sklepu po pracy, wolę wziąć do ręki niż brać plastikową reklamówkę, za którą trzeba zapłacić i tak 5 lub 10 pensów, niby nic, ale w skali roku to już kilkanaście funtów. Wędlin, serów nie kupuję, więc nie ma co pakować do woreczków foliowych, jeśli zechcę wędzoną makrelę lub inne ryby to wezmę swoje szklane pudełko i mi ją tam wsadzą.

 

  • Dom – ze względu na choroby płuc, wątroby i wysoką wrażliwość na toksyny (papierosy na 5 kilometrów ode mnie, poproszę) i chemię wszędzie, również i w domu postarałam się upiększyć swoją codzienność. Czajnik do gotowania wody mam ceramiczny i elektryczny. Garnki mam ze stali lub ceramiczne, patelnie żeliwne i z granitu, jeśli coś na szybko potrzebuję. Makarony, kasze, mąki, przyprawy trzymam w szklanych, blaszanych i ceramicznych pojemnikach. Wodę piję ze stalowego termosu. Szukam tanich, stalowych pojemników na lancze do pracy, bambusowe też są dobre (DUKA ma fajne zestawy). Jonizator włączony non stop – nawyk wyniosłam z domu rodzinnego, zazdroszczę rodzicom PRL-owskiego okazu, niesamowity zapach! Lampa solna w codziennym użyciu, świece z wosku pszczelego, nie posiadam żadnych zapachów do rozpylania ani pachnideł w łazience (stoi tylko Neutradol, akceptuję), do mycia naczyń naprzemiennie różne firmy z biosklepów, ostatnio dolewki z firmy Ecover, z tej firmy mam też płyn do płukania (chociaż w sumie nie wiem po co?), nie używam żelowych kapsułek (ta otoczka się rozpuszcza i wchłania w ubrania? brr), jest proszek do prania w kartonie, do mycia blatów kuchennych woda utleniona 12% w spraju, do łazienki idzie też firma Ecover, Method lub soda oczyszczona. Generalnie nie szoruję w pocie czoła co sobotę kafelek ani wanny żadną chemią, jak pomyślę, że mam się w tym potem kąpać to mnie ciarki biorą, Wielki porządek robię raz na pół roku. Zasłonę prysznicową piorę raz na kilka miesięcy w płatkach z szarego mydła w pralce, ubikację trzymam zawsze zamkniętą i z zamkniętą pokrywą ją spłukuję, odkamieniam ją Coca-Colą lub octem (octem parę razy, ale coś słabo to chwytało, Cola działa silniej). Odkurzacz w końcu nabyłam workowy, bezworkowe modele przyprawiały mnie o mdłości ze stycznością z kurzem (bo pająków u mnie albo nie ma albo robię im bungee z okna). Podłogi myję wodą z płynem do mycia naczyń i też rzadko. Kurzu praktycznie u mnie nie ma – zasługa jonizatora i codziennego wietrzenia mieszkania. Kwiatki podlewam zwykłą wodą z kranu lub wodą po ugotowanych jajkach, bo te akurat często gotowałam (odkwaszają), chociaż wolę myśleć, że to moje całowanie ich pączków sprawia, że kwitną chętniej i gęściej. AGD mam wysoko cenionej firmy, dbam o nie i rozmawiam z nimi, od 9 lat ani razu mi nie kaprysiły. Sofę mam z naturalnego materiału, wypełniona pierzem, meble drewniane. Przymierzam się do zmiany materaca, chcę futon japoński. Poduszki mam już upatrzone od kilku lat (wypełnione kaszą gryczaną), ale wciąż inne wydatki stoją mi na drodze, kupię je jeszcze w tym roku. Pościel tylko i wyłącznie 100% bawełna lub wiskoza, żadnego poliestru nie toleruję. W sypialni stoi dużo naturalnych minerałów i nieoszlifowanych kamieni, ich energia jest indywidualna i potężna. Powoli zastępuję również i inne rzeczy bardziej naturalnymi, ale, że hajsu za bardzo czasem się nie ma, kombinuję jak się da i zdaję się na kreatywną intuicję.

 

  • Ubrania – jestem kobietą i lubię się dobrze ubrać, nie ma co ukrywać. Ego w ramię z intuicją fajnie mnie ubierają. Żebyście wiedzieli, jakie rozmowy prowadzę podczas wybierania żakietów czy butów, jestem bardzo wybredna i często przesypiam pierwszy zachwyt. Trzymam się swoich zasad – dobry materiał (wiskoza, bawełna organiczna, elastan, akryl, tencel, modal, wełna, konopie, polar, do lnu nie umiem się przekonać), kraj produkcji (zauważyłam, że niezbyt chętnie noszę śliczne modele z sieciówek typu H&M, Primark, madeinczajna, itd), jakość wykonania czyli macanko i wzajemne wibrowanie, stosunek całości do ceny (da się znaleźć taniej w internetach? jeśli nie to biorę) Zazwyczaj kupuję w TkMaxxie, bo tam najlepsze pole wszelkich firm tych mniej znanych. Wolę kupić coś europejskiego (bo raczej wyzysku przy produkcjach nie ma a i wspierasz lokalne marki), za to trwałego w użytkowaniu (tak, mam sporo wierzchnich okryć, co mają grubo ponad 10 lat i są wciąż na topie) i niekoniecznie to jest drogie. Hajsem nie rozpłyniam, ale okazje zawsze udaje mi się znaleźć, które noszę, noszę i noszę i zarąbiście w nich wyglądam. No i secondhandy się kłaniają, sporo perełek się znajdzie zawsze. Ubrania za duże lub znudzone oddaję rodzinie, znajomym, do sklepów charytatywnych lub sprzedaję w internetach. Wyrzucam tylko bieliznę (bo nie mam gdzie jej palić). Z biżuterii noszę tylko czyste srebro (uczulenie na metale) oraz nieoszlifowane kamienie (bursztyn, karneol, itd.)

 

  • Śmieci – uczę się je minimalizować jeszcze bardziej, co i tak dużo za mną jest zrobione zważywszy na ilość kosmetyków, chemii do AGD oraz codziennego jedzenia, zresztą, nie przesadzajmy.

 

  • Ogródka nie mam, trochę zejdzie zanim dojrzeję do własnej działki, bo kompostownik kusi mnie bardzo, i dżdżownice :)) A, że lubię rozmawiać z roślinami, kamieniami to bardziej niż pewne, że i kiedyś w ogródku będę dziwaczeć po swojemu 🙂 przecież wiecie, jak kumpela z pracy przynosi Ci własne pomidory czy porzeczki, nie dość, że jesz czyste i naturalne produkty, to jesz też ich pozytywną energię, tej energii nie znajdziesz od pracowników w kombinezonach spryskujących herbicydami pola szpinaków.

 

  • Lekarstwa – jeśli coś boli, to znaczy, że coś źle w naszym organizmie, łatwiej idzie uśmierzyć objaw-ból niż samą przyczynę. Ibuprofen, paracetamol, aspiryna (nie, nie ta z PRLu), wszystkie antybiotyki i wszystkie na wzdęcia, zgagi, wypróżniania, prostaty, stawy cuda nie-cuda to nic innego jak żyła złota dla farmacji. “Klient wyleczony to klient stracony”, ale i tak najlepsze i ucina wszelkie dyskusje i chęci pomocy: “Kiedyś i tak trzeba na coś umrzeć.” Zero szacunku dla siebie, zero. Zupełnie jakby własne ciało było jakimś śmieciem, ale spoko, o to chodzi matrixowi, nie moja sprawa zresztą. Zaczęłam od zmiany jedzenia i najbliższego otoczenia, metodami prób i błędów poznaję swoje ciało i olbrzymie szkody jakie zostały wyrządzone mi nieświadomie przez kilkanaście lat brania antybiotyków, i wierzcie mi, to wcale nie jest fajne. Zaczęłam korzystać z biorezonansu, z metod naturalnych, rosyjskich, od wielu lat odtruwam się na bieżąco, przechodzę na świadomą i rozsądną profilaktykę, co i tak dużo daje, zważywszy na fakt, że jestem praktycznie zdrowsza niż przeciętny Polak. Na bezsenność dobre są olejki eteryczne skropione na poduszkę, wywietrzenie mieszkania, zero urządzeń elektrycznych w sypialni (telefon trzymam przy łóżku w koszyczku wiklinowym owiniętym folią aluminową). Na miesiączkowe bóle kiedyś pomagał mi imbir i kurkuma. Ból głowy przesypiam lub wyłączam aparat słuchowy (totalna cisza uspokaja bardzo mózg) lub kładę zimny kompres na głowę, wtedy też oddycham przeponowo, tak do pełna i piję kilka litrów wody (zresztą ból głowy i migreny to też objaw odwodnienia i grzybicy), zawsze pomaga. Na ból żołądka/brzucha herbatki ziołowe w potrójnych saszetkach do kubka. To tylko takie podstawy, by unikać brania ibuprofenu lub rozwalającego żołądek etopiryny. Na silne przeziębienia, równie co ja, bo schizowy, kumpel raz zrobił bardzo konkretne przeszukanie po internetach i znalazł Apselan – czyściutki chlorowodorek pseudoefedryny, w mega dawce, bez żadnych ściemniaczy, które dają do gripexów. Wypróbowałam raz, potwierdzam, wylazłam szybko, no, ale brałam na boku jeszcze witaminę C w hurtowych ilościach. Wyłączając Apselan, herbatka z kurkumy, imbiru, miodu i cytryny robi dużo, dorzucam parówki z ziół, płukanie nosa i gardła solą (polski dentosept też rewelacja), kropienie uszu, noszę też gruby naszyjnik z nieoszlifowanego bursztynu. Nie szczepię się na grypę od 10 lat. Nie oddaję swojej krwi i jestem przeciwna temu. Wypisałam się z byciem dawcą organów. Po inne konkrety lećcie na blog Pepsi Elliot – ratują mi życie i podnoszą wibracje ❤

 

  • Alkohol – zalegalizowana trucizna dostępna do powszechnego użytku społecznego. Niszczy mózg, organy i „W końcu trzeba na coś umrzeć.”

 

Przeczytałam genialną książkę “Zero Waste” Katarzyny Wągrowskiej (jej blog) i byłam w totalnym szoku, jak wiele rzeczy stamtąd ja sama praktykuję (nie)świadomie od wielu lat.

Spokojnie, ja też nie jestem święta, jestem człowiekiem, jestem hedonistką i mam prawo do grzechów. I grzeszę świadomie kiedykolwiek jestem poza domem lub Anglią. Chcę próbować lokalnych przysmaków, specjałów w miejscu, gdzie aktualnie się znajduję. Ale nie wchodzę do żadnych Starbaksów czy KFC. Wybieram małe restauracyjki, kawiarenki, miejskie targi, gdzie jem nie tylko oczami. Wchodzę tam, gdzie mi się dobrze i naturalnie wibruje a jedzenie i wystrój jest kusząco przyjazny.

Będąc w górach ostatnio jadłam kilogramy czekolad, banany, chleby, czipsy, piłam piwo i whisky. No i dużo śmieci z tego było.

Ale…

Miałam też ze sobą zestaw chlorella + spirulina, banany robiły mi za cukier na śniadanie, czipsy jadłam te z mniejszego zła, angielskiej produkcji, czekolady, cóż, było wietrznie i sztormowo, i góry tu i tam, energię się traciło szybko, piwa i whisky piłam ze szkockich destylarni więc bez szans na jakieś światowe chemie, miałam liofilizowaną żywność od LyoFood, na chleb dawałam dużo ogórka. Śmieci w wielu miejscach są segregowane, trzeba było wozić ze sobą i wybierać i wyrzucać do konkretnych pojemników. Nie było źle.

No, ale wróćmy.

Żadna zmiana nie wypływa z zewnątrz, zmiany zawsze wychodzą z naszego środka, kiedy my sami jesteśmy gotowi. A jesteśmy gotowi wtedy, kiedy dojdziemy do porozumienia z naszym ego (czyli je usidlimy) i spojrzymy na Ziemię z kosmicznego dystansu. Wszystko się wtedy zmienia. Strach znika.

Zmiany, które dotyczą nas samych nie są ohasztagowane, nie są modne, bo jak nasza zwykła codzienność może być modna?

Gdybym publikowała swoje codzienne życie na social mediach, bardziej niż pewne, że miałabym z tego niezły hajs.

Ale po co? Co mi ten hajs da do szczęścia, jak ja tu i teraz jestem szczęśliwa? Nie udaję fanki eko i weganizmu, nie robię niczego, co mi nie pasuje, słucham siebie a nie reklam z social mediów i tiwi, rozmawiam ze sobą, z pralką, z moimi orchideami, rozmawiam z kapustą kiszoną posypaną kwasem L-askorbinowym, by mi dała dużo od siebie, czasem pobiegam, ćwiczę rytuały tybetańskie. Nie boję się niczego, co ziemskie, bo czego tu się bać tak właściwie?

I co najważniejsze, akceptuję wszystko to co mam i osiągam z każdym dniem i dziękuję za to.

Reszta się zawsze układa.

Kocham ❤

 

kitchen

Reklamy

8 thoughts on “Czym się różni codzienny ekoweganizm od #eko #vegan?

  1. To w takim razie….Anetko 🙂 Ehh, gdzie się takie dziołszki jak Ty chowają 🙂 Super wpis!
    Fajnie opisałaś swój rozwój i dochodzenie do tego miejsca, w którym teraz jesteś. No i te porady… 😀 Są mega, wiele z nich znam, stosuję i z wielu skorzystam 🙂
    Podobają mi się też te fragmenty, w których opisujesz swoje zmagania/dyskusje/sprzeczki z EGO, mogę porównywać je ze swoimi i ponownie stwierdzić fakt, o którym gdzieś kiedyś przeczytałem (czy to było u Jarka Kefira? nie pamiętam 🙂 ) że to EGO takie podobne jest u wielu ludzi bo to jedna i ta sama gadzina, która tkwi w całej przestrzeni naszej planety, która ciągle czuje się „panem i władcą” i że może nami rządzić….aż tu nagle widzi że ludziki zaczynają się budzić i „takiego wała”!! Musi się z nami liczyć 😀
    Dziękuję za super posta i pozdrawiam!

    Lovocowe uściski!! ❤ ❤ ❤

    Polubienie

    • Dziękuję ❤ to był czysty impuls, odstawienie książki i poleciało w 3 godziny ! I wiesz co, to chyba jest ego, ale głowy nie dam, bo z kim jeszcze mogę tam rozmawiać? Z Maleństwem (intuicją – Duszą – sercem)? Nie wiem. Skoro moje, tak paskudnie wychwalane, ego tak chętnie współpracuje od zawsze praktycznie to ja serio nie wiem co ja w sobie 'chowam'. Mam nadzieję, że i kiedyś do tego dojdę 🙂 uściski :)) ❤ ❤

      Polubienie

      • …..”z Maleństwem” – damn, that was sweeeeet 😀 Może, kto wie 🙂 Może udało Ci się poskromić tego stwora buszującego w ludzkim wnętrzu na naszej pięknej planecie 🙂 Wiesz, każdy ma to Ego ale może właśnie to jest sposób, jakoś przekonać je do współpracy, że nie jest samo i musi dzielić się naszym wnętrzem z właśnie tym Maleństwem 🙂
        Oooo, albo wiem, teraz mnie naszło coś 😀 Ludzie muszą starać nałożyć jakiś filtr, coś jak firewall na to całe Ego. Bo ono cwane tylko czeka, by wciągać, chłonąć z neta, gazet, TV to wszystko, co przyda się do zmuszenia nas by ponarzekać, pobać się, posmucić, pomartwić itp 🙂 Tak, własnie, to jest to, wytworzyć w sobie filtr „antysmogowy” i Ego będzie potulne 😀
        Lovocowo pozdrawiam Ciebie wraz z Maleństwem 😛 ❤

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s