Jestem silny flak z olejem, a Ty silna ciepła kluska. I jest dobrze!

„Ale Ty jesteś silna, zawsze dajesz radę i tak, szybko się podnosisz i jesteś uparta.”

 

Ile razy to już słyszalam. Wy pewnie też.

I w dodatku jakoś nikt mi nie wierzy, że kiedyś, w epoce kamienia ciosanego, też byłam wrakiem, sromotnie poszarpanym przez sztormy i spoczywającym długo na dnie oceanu. Tego oceanu, którego dna jeszcze nie zbadali. I ile musiałam się po ciemku nabudować i nasklecać jakichś mokrych deseczek by móc wypłynąć chociaż milimetr do góry. Ludzie oceniają nas tu i teraz, zapominając o naszym syzyfowym bagażu, naszym tle, które tuszujemy promiennymi uśmiechami.

 Człowiek silny. No, nie taki z muskułami, a’la szwarceneger, ale z taką fajną, wewnętrzną mocą. Mocą, która go wyróżnia na pewien sposób. Każdy może być taką osobą dla każdego, każdy z nas za takowego się uważa. I ma prawo do tego tytułu. Co zresztą szkodzi łechtać nasze i czyjeś ego. Takie nastawienie posiada bardzo szerokie spektrum zachowań ludzkich – motywuje, pcha, porównuje, zabija, idzie do celu po trupach, ocenia, no sami nazwijcie.

Człowiek silny to jeden z natrudniejszych tematów u mnie. Właśnie dlatego, że istnieje tu bardzo cieniusieńka granica między porównywaniem a zabójczą rywalizacją.

Jestem silna, bo wiele przeżyłam, bo nikt nie doświadczył tego co ja, nikt tyle nie wypłakał po nocach co ja, bo ona nie została zgwałcona parę razy jak ja, bo jego rodzice nie porzucili jak mnie, bo jej mąż nie bił jej latami, bo ona nie ma nastolatka-warzywa i nie wie co to znaczy walczyć o każdy jego dzień. Bez pieniędzy od kaczolandu.

Jestem silna, bo wybaczyłam kierowcy, który spowodował śmierć mojego dziecka, bo podniosłem 80kg sztangi i pokonałem paraliż ręki, bo mam astmę i przebiegłem maraton na biance, nie poddawałem się, jestem silna, bo zerwałam znajomość z toksyczną Kamilą, która mnie wykorzystywała do swoich celów.

Jestem silna, dlatego mnie nie rozumiesz co ja teraz czuję i jak się czuję. Nie wciskaj mi tego kitu, bo nie zrozumiesz i tak.

 I najlepsze, co skutecznie ucina każdą rozmowę, jeśli nie monolog.

 „Zamknij się, nie jesteś tak silny jak ja, nie doświadczyłeś tego co ja.”

No i pozamiatane.

Wyjaśnijmy sobie parę spraw. Z przeciwnego bieguna.

Słabeusz:

  • Poddaje się. To chyba oczywiste. Wszystkie internety pieją „Nie poddawaj się!“, pełno różniastych, cudacznych cytatów, mądrości rodem z Arystotelesa. Nie poddajemy się, motywujemy się, wiadomo. Ale jest tu zacny haczyk, as w rękawie. Kiedy masz sprzyjające warunki, masz rybiokońskie zdrowie, śpisz na sianie i w tych cieplarnianych warunkach idziesz do przodu, rozwijasz się, robisz postępy, że wow, przekraczasz limity, bariery, płotki, Twe ego naturalnie bustuje do kosmicznych bezgranic. I w tym wypadku, nie, ale nie, nie nabywasz tej wewnętrznej siły., o której pieją zachwycone internety. Bo kiedy przyjdą czarne chmury i zaleje Cię grad nieszczęść, który wręcz arktycznie ochłodzi Twoje cieplarniane warunki – powiedz sobie – będziesz tak samo ciągnął do przodu? Nie będziesz. Poddanie się jest najgorszą z możliwych opcji. Za pierwszym razem poddanie się jest całkiem zrozumiałe, w końcu trzeba się nauczyć podnosić z gleby, powąchać ją, poznać jej brud na swoim ciele, poznać smak porażki. Ale za czwartym i szóstym razem, sory, ale wtedy już jesteś ciepłe kluski i flaki z olejem a nie szacun.
  • Nie szanuje innych. Szacunek jest formą miłości do bliźniego, zawiera się w nim empatyczna wiedza i wdzięczność, jak również zdrowy egoizm. Słabeusz zatem nie potrafi powiedzieć prostego „dziękuję“, „przepraszam“, nie potrafi kochać tak uniwersalnie. Oni kochają znajomych z marmurowymi posadzkami. Wszyscy poza tymi znajomymi są przez nich kwieciście oceniani i soczyście porównywani. Słabeusze mają swoje własne wersje faktów, wiedzą najlepiej i wierzą w abstrakcyjne rzeczy. Odsetek tychże nierespektowalnych obiektów w mojej hucie jest przerażająco wysoki. I jest przeze mnie ograniczony do minimalnego minimum wymiany zawodowych półsłówek. Jak się cieszę, że nie słyszę.
  • Jest zazdrosny. Oczywiście o tych znajomych z marmurowymi posadzkami również. Taki ludź ma charakterystyczne spojrzenie spode łba i myśli, że tego spojrzenia nikt nie widzi. Słabeusz czuje się wiecznie głodny szejków odchudzających i spragniony najnowszych szajsungów idże oraz niedoceniony, że wszyscy mają gdzieś jego modnie przystrzyżoną brodę za 300 ełro u barbera w Barcelonie. Lajki na fejsie i instagramie podnoszą jego ego i łechcą jego zazdrość o bycie najnajnaj. No ja rozumiem, dzieciństwo traumatyczne, samorozwój fizyczny, zemsta, złość, udowodnienie, ale elo, da się z tym walczyć. Zazdrość jest w porządku do pewnej granicy i całkiem pożądana w relacjach partnerskich oraz jako forma motywacyjnej rywalizacji. Ale obsesyjna, ulala… To już absolutny brak szacunku, brak zaufania i niewiara w drugiego człowieka. Zabija każdą relację, zabija też siebie. Nie potrząśniesz takim, żadne wiadro lodu nie pomoże.
  • Jest fałszywy i otacza się fałszywkami. Kompletnie nie jest zainteresowany wewnętrznym rozwojem, sprawami duchowymi, swoim ciałem. Całe życie stoi w miejscu jak jakiś statek z opuszczonymi żaglami, bez nadziei na wiatr. I ta długa, przeraźliwa pustka wokół tego statku sprawia, że słabeusz miewa halucynacje. Przeinacza rzeczywistość na własne potrzeby. Otoczenie wokół niego staje się fantastyczne, rozmazane a on sam wybiera ludzi poprzez własny pryzmat krzywego zwierciadła. Podejmuje niekorzystne decyzje, nie ponosi konsekwencji za nie, nie wyciąga wniosków. I dobrze mu z tym. Szuka ludzi na podobnych jemu statkach, razem tworzą imponującą flotę obłudy i kółka różancowego. Nic, tylko swoję gębę zbierać z podłogi. Nie trzyma się swoich zasad, nie ma własnego kodeksu moralnego. Nowy statek śmiga na horyzoncie, nowe poglądy przyśmigują. Im częściej nowe, imponujące statki widzi w swych majakach – tym częściej zmienia swoje widzimisia. Hipokryta jak malowane.
  • Nie wspiera partnera w związku. W relacji stosuje zasadę: „kocham Cię, bo…“ Zaspokaja własne potrzeby i zmusza partnera do zauważania jego szanownej osoby we wszystkich aspektach. W drugą stronę nie działa, bo partner zaraz okrzyknięty zostanie fanfarami, że jest arcysamolubem i niech spada do dentystki, tej lafiryndy. Fochy są na porządku dziennym.
  • Ocenia, oczernia, porównuje, krytykuje, PONIŻA. Jak wyżej już wspomniałam – brak szacunku plus przebogata wiedza epitetów i szufladek w stylu „Ojej, biedne-głupie-brzydkie rumuńskie bydło z Syrii”. Które nie stać na torebki od Majkela Korsa. No i te wiadome spojrzenie pełne zajadłej zawiści „Boshe, jakie ona ma grube łydki… napatrzeć się nie mogę.“ Wie co modne, kto z kim się pieprzył, ile bierze ta ciapata za brwi co z kolei prowadzi do kolejnej cechy:
  • Gada dużo, chętnie, gęsto i od rzeczy. Emocjonuje się straszliwie (a wiadomo, że emocje okrutnie zaślepiają rzeczywistość). Unosi się. Przeklina. Żąda natychmiastowej sprawiedliwości, dla siebie oczywiście. Wodoleje. Trzepie jęzorem. Plotkuje zakrywając swoje usta na dyskotece (tak, czytam z ust na odległość). Wyraża nad wyraz ekspresyjnie każdy detal swojego chleba powszedniego. Nie zważa na swoje słowa, jego „Wiem, co mówię” staje się nieważne po godzinie, a przyłapany na gorącym uczynku odmachuje ręką: „Mam to gdzieś” (wersja delikatna). Popularyzator tzw. „small talks”. Klasyczny wampir energetyczny. A kysz.

Znamy to z naszych hut, osiedli, imprez, messendżerów, prawda? Irytuje, podnosi ciśnienie, głaszcze po główce, zachęca do lania w mordę, do powiedzenia „Współczuję„.

No dobra, czyli silny człowiek to przeciwstawny biegun wyżej wymienionego mięczaka?
Logicznie rzecz biorąc, tak na to by wychodziło.

Silny człowiek zatem szanuje bydło z Syrii, jest pokorny, albo jest szczery & taktowny albo cicho siedzi, nie potępia, nie ocenia, nie krytykuje, kocha bezwarunkowo każdą dżdżownicę na Ziemi, nie poddaje się podczas swoich arktycznych sztormów, podnosi się po swoich porażkach z okrzykami bojowymi rodem z rewolucji francuskiej, posiada ciepłe, wyrozumiałe spojrzenie, jest pełen wdzięczności i dobrotliwej aureoli, przyznaje się do błędów, przyjmuje na swoją klatę swoje konsekwencje, nie szasta swoimi emocjami na boziduchawinnych ludzi, dopinguje swojego małża do robienia kariery w budce na targu, ma stały pogląd i morale wyniesione jeszcze z płodu, no w ogóle jest och i ach.

 Znacie kogoś takiego?

Bo jeszcze uwierzę.

Święty Mikołaj nie istnieje. Ludzie silni też nie. Nie ma takiej opcji. Jest po prostu niemożliwe by być tak zahartowanym duchowo i mentalnie, być tak idealnym, tak nieczułym, obojętnym, takim „Nic mnie już nie zdziwi”. Ale ludzie potrzebują i muszą etykietować, nazywać, porównywać, wierzyć, dlatego taka osobliwość jak „człowiek silny” istnieje i będzie istniał. I będzie miał bardzo różne, ściśle indywidualne cechy, które go wyróżnią z tła.

Są różne rodzaje takich „mocarzy”. Są ludzie mili i życzliwi dla całego świata, z krwawiącymi sercami, traumatycznymi przeszłościami; są ludzie szorstcy, jadowici a jednocześnie sprawiedliwi i bezpośredni do bólu, ze zbudowanymi wokół siebie kosmicznymi murami. Są twardziele, którzy mimo ‚coludziepowiedzą’ i tak robią swoje. Jednak jedno nas wszystkich łączy bez wyjątku –

KAŻDY Z NAS ma jakąś słabość, czuły punkt, ranę do rozdrapania, wrażliwość, coś, co sprawia, że w jednej milisekundzie po prostu się rozsypujemy w drobny mak, pochylamy głowę i z bezsiły tak zwyczajnie upadamy na kolana.

I to jest normalne.

Jesteśmy w końcu ludźmi.

 Clipboard01
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s