Jak jeść, Panie, jak jeść? Co jeść, Panie, co jeść?

Dziś o jedzeniu, posiłkach, żarciach, pożywieniach. Ciekawy temat w sumie, idzie skorelować go z metafizyką, ezoteryką i traumatycznymi podłożami, tudzież dołożyć nieco psychologii. No jasne, jedzenie to ciało a ciało musi grać w boskiej harmonii z duszą, co nie? Ale ominę ten ciężki wątek, nie ma za co. 

Styl pożywienia determinuje nasze miejsce urodzenia oraz kultura. I później również nasza własna osobowość – ciekawość, kreatywność, odwaga.

Pomijam nieprzepastne wątki głodujących krajów, niskiego poziomu życia, bezdomności, stanu zdrowia. Skupmy się na zwykłych ludziach w zwykłych domach.

Jedzenie ściśle związane jest z naszym podejściem do życia. I naszym zdrowiem też. Różniaste diety z całego świata typu weganizm, paleo, bikini, Dukana, witarianizm, norweska dla jednych są po prostu dietami na 2 tygodnie a dla drugich codziennym chlebem powszednim.

Jednym służą kasze a nie służą warzywa. Drudzy wszamiają nabiału ile wlezie a nie tolerują mięsa. Trzecim do szczęścia wystarcza cokolwiek, co nie rzuca cienia. Czyli powietrze. Albo te cokolwiek w pochmurny dzień. Jeszcze inni trzymają się twardo ojczystej kuchni i bigos zrobią nawet w igloo na Arktyce. Kumpel musi jeść mięso sześć razy dziennie, dźwiga kafle w pracy, wiadomo, wysokie zapotrzebowanie energetyczne. Koleżanka z biura zadowala się owsianką na wodzie na dzieńdobry i kilkoma maciupieńkimi orzeszkami do końca dnia. I medalowo biega maratony. Niektóre europejskie nacje dodają czipsy i wybielającą kolę do każdego posiłku. I raków nie mają. Różni są ludzie, różne zapotrzebowania. Co człek to inspiracja, co nie?

Żeby tak niepozorną cebulę zrobić na zyliard różnych sposobów. Dasz bulionu do cebuli i kurkumy, będzie zupa egipska, zamiast kurkumy dasz zataru będzie arabska. Dasz papryki wędzonej i czosnku do polskiej zupy z jarmużem – wow, robi się portugalska caldo verde.

Marchewki z gleby, ziemniaki z ogniska, czosnek, jabłka antoniówki to czyste wspomnienia, do których ciągle wracamy. Zapach babcinych smażonych pierogów z ziemniakami, które zbierałeś klnąc kwieciście pod nosem, ogródek latem pełen zapachu porzeczek i świeżo zerwanych gruszek, smak gotowanej parówki ze szpitalnej stołówki, można by wymieniać. Dzieciństwo zostaje w nas na całe życie.

Nawet znienawidzona za szczeniactwa natka zielonej pietruszki, którą nam Mama wciskała:

“Jedz, bo pietruszka ma dużo witaminy C.”

po wielu latach staje się obowiązkową, jadalną dekoracją do kanapek do huty. I pozwala świetnie przetrwać zimę bez katarów.

Smaki zmieniają się praktycznie przez całe życie. Ciało głupie nie jest, inteligentne toto świetnie adaptuje się na bieżąco do warunków, w których żyjemy. I niestety, wiele wybacza. Choroby, ciąże, hormony, zmiana stylu życia z tenisowego na kanapowy czy korpo – wszystko to swoje robi. Olewamy swój organizm, po cholerę nam jakieś witaminki, minerały, mikroelementy, blablabla, jak i tak na coś umrzyć musimy. A braki tych budulców objawiają się właśnie w postaci ślepych ciągot do makdonaldów i bulimicznego opróżniania lodówki w nocy.

Mój kumpel raz mnie zaszokował swoim poglądem:

“Jedzenie to zuo. Zobacz, w obozach koncentracyjnych nic nie jedli a jeszcze żyją.”

Boję się takich ludzi jak on.

Tacy są straszliwie jednokierunkowi, niereferomowalni nic a nic. Klapki na oczach, owszem, pomagają w osiaganiu celów i to akurat jest zrozumiałe w jego przypadku – takie kumpel ma pasje, że miejsca na słabości nie ma. Nie idzie się z nim dogadać, dostosować, ujarzmić. Nie przeprosi taki, pójdzie dookoła. Złagodnieje po kilku sztormach. Albo wcale. Niemniej podziw i szacunek wzbudza u mnie ogromny.

Ale życia z takim spędzać nie mam zamiaru. Naleśników z pieczarkami mi nie zrobi. Ani nie zakisi ogórków do słoików.

Nie powiem, że nie chcę długo żyć, co ludzie po obozach. Inne warunki mamy, elo. Pożyję tyle ile się da, a dopóki chadzam po ziemskim padole i mam sprawne zmysły węchu i smaku – chcę próbować wszystkiego.

No, za wyjątkiem mięsa. Zwierzęcego i ludzkiego.

I nabiału. I glutenu. I pszenicy (no, we Włoszech troszku odpuszczę). Generalnie glifosatów.

Nie tykam podrzędnych suplementów i jedzenia w tabletkach. Bo co za frajda z oleju kokosowego w tabletce, kiedy wiesz, że duuużo większy orgazm będziesz miała kiedy usmażysz popcorn (GMO? ojtaojtam) na tym właśnie oleju? I w dodatku będzie ten popcorn miał nieziemski kinowy zapach? Co za przyjemność zjeść tran niewiadomego pochodzenia, kiedy wiesz, że wędzona makrela z rodzimego Bałtyku smakuje iście powalająco na kruchej pajdzie chleba? Warzywa sezonowe z hrabstwa Kent w Anglii (nie używają GMO) są smaczniejsze niż zmutowane marcheweńki z Holandii.

Etykieta “organic” jest tylko słono zabuloną etykietą. Produkty “Free From” (wolne od glutenu, laktozy, cukru, itd) może i są wolne od tych paskudztw, ale mają zamiast tego od groma szkodliwych E-xxx i chemii typu najróżniaste skrobie (tak, skrobie to zuo). Które również tuczą i powodują raki.

Koncerny żywieniowe z Monsanto na czele nie robią z nas klientów, ale pacjentów. Zantybiotykowane bydło przeznaczone do uboju, zarzynane żywcem klacze, bo mięso ze źrebiąt jest arcydrogim rarytasem, chiński plastikowy ryż, genetycznie zmodyfikowana kukurydza, arbuz czy ananas nawożone przez robotników ubranych w kosmiczne kombinezony, wycinka lasów Amazonii w celu uzyskania taniego i szkodliwego oleju palmowego, lista jest przerażająco nieskończona. Tak się rodzą raki, epilepsje, autyzmy, miażdżyce, nerwice, ADHD, zawały, depresje… Nie, drodzy moi, nie zwalamy tego na niewinne geny i tłumny tryb życia, wina jest nasza i tylko nasza – niewiedza, klapki na oczach, lenistwo i ‘etam’ostwo.

A przecież o to chodzi rządom i koncernom.

Manipulacja świetnie rozegrana – tańsza jest kawa ze starbaka niż kosz warzyw od farmera. Chorowanie też tańsze. Umrzeć też taniej niż wiedzieć co jemy.

Depopulacja Ziemi w toku.

Uczucia? A kogo to obchodzi w rządzie, że Twój synalazek zmarł na rzadki rodzaj białaczki? Dzielenie się na fejsie swoim cierpieniem też rzadko co daje. Nie potrzeba kasy na leki, których i tak wszedzie okrutnie skąpią.

Konopie są powszechne zakazane i celowo zmanipulowane medialnie. Z konopii kasy na raka i białaczki nie będzie. Farmaceutyka chemiczna musi się kręcić. W niektórych stanach USA uprawianie przydomowego ogródka jest karane wysoką grzywną. Lub więzieniem. Wmawiają, że mleko „krowie” potrzebne, bo wapń i tamtosiamto. Cenzurowane są książki i strony internetowe udowadniające, że „Mleko to cichy zabójca„. Z soją podobnie. Organiczną, czystą, koniecznie fermentowaną, znajdziesz tylko w Japonii. I w Burmie. Lekarze holistyczni konsekwentnie giną w tajemniczych okolicznościach (polskie wersje takich lekarzy typu Jerzy Zięba czy dr Bachański wciąż mają się zarąbiście i niech bozie świata mają ich w opiece!). Natura jest świetnie pomyślana i oni o tym wiedzą – przykładowo chlorella, spirulina i inne jodowe cuda są konsekwentnie zmieniane na trujące zamienniki.

Ale tu właśnie jest taki problem, że natura jest darmowa, samowystarczalna, hajsu nie wymaga. A za darmo prywatnego boeninga mieć nie będziesz. Ani najnowszego srajfona siedem.

Z innej strony.

Jedzenie to część kultury, rytuał, uświęcenie własnego ciała i drugiego człowieka. Dzieląc się swoją “czymchatąbogatą” doświadczamy fajnego uczucia altruizmu. Bo przecież dzięki nam druga osoba z głodu nie umrzy, prawda? Odruch? Trochu tak. Trochu też wieje egoizmem, bo przecież nie chcemy mieć na sumieniu czyjejś głodowej śmierci.

Zarąbiste jest też, kiedy kulinaria jest wspólną pasją. Godziny spędzone na targach, w kuchniach są bezcenne. Rozmawiamy z drugim człekiem, widzimy go, zauważamy, doceniamy jego pracę, czas i wysiłek włożony na polu, w sadzie, w ogrodzie. Ci ludzie robią wszystko, by zachować naturę i siebie jak najdłużej. Oni nie myślą o sobie i srajfonach, myślą konkretnie o przyszłych pokoleniach, zostawiają poważną spuściznę w postaci dobrych książek kucharskich oraz ogrodnictwie (i to do czasu dopóki nie zostaną spalone za heretyzm).

Także kochani, wybierajcie targi, lokalnych rolników, farmerów niż wielkie sieciowe markety z owocami z Południowej Afryki. Wybierajcie miejscowe restauracyjki z domowym żarciem niż starbacki, kosty – nie wiadomo jakie mleko Ci wleją, ile zabójczego cukru jest w kawie.

Podróżnicy to dopiero mają urozmaicenie. Szlajają się po całym globie i żrą co popadnie. Ich ciekawość świata, otwartość na ludzi, chęć przygody, pogoń za nieznanym, no wszystko to sprawia, że i w codziennym życiu są równie elastyczni.

“Chodź, spróbujemy tego burka z serem.”

będzie równało się z:

“Chodź, spróbujemy popatrzeć na ten problem inaczej.”

Tacy są bardzo łatwi w obejściu, nie robią tragedii z byle gówna, ustępują, wybaczają, mają niemal wszystko w zielonej doopie. Są szczerzy, naturalni, nie owijają w bele bawełny.

Jedzą prosto, nie komplikują z jedzeniem i tak też żyją – prosto i nieskomplikowanie. Ich się nie ima długaśna etykieta z konserwantami i innymi ustrojstwami. Jak ma być kasza jaglana z marchewką na obiad to będzie kasza jaglana z marchewką. Na ciul dawać jeszcze syrop glukozowy, E-321 i aspartam? Nie lepiej dać tam trochę tymianku z doniczki czy soli kala namak z Indii?

Eksperymentowanie w kuchni świadczy o otwartej i przyjaznej postawie tej „głodnej” wiedzy i smaku osoby.

A w ogóle czemu boicie się przyprawiać swoje posiłki? Ja wiem, że zmian się boicie i wyjścia poza schematy, boicie się ruszyć za przygodą za drzwiami. Czemu by nie zacząć od kuchni? Zacząć rozwijać swoją kreatywność i trenować odwagę właśnie na tym polu?

Koleżanki w hucie bardzo mi zazdroszczą kolorowych sałatek, bezczelnie zaglądają mi do lanczowych misek. Dziwią się, że niektóre rzeczy istnieją a jeszcze z niektórych, codziennych produktów można takie cuda wyczarować. Ja się nie zadowolę byle kromką chleba z najtańszą „szynką” i seropodobnym serem żółtym.

Gdzie się śpieszycie tak w ogóle? Że nie macie czasu postać przy garach i zrobić chociaż raz swojemu synalazkowi zwykłą kaszkę manną z sokiem malinowym od Babci? Czy też kupić trochę białej fasoli i już od progu donośnie wykrzyczeć:

“Kochaaaaanie, robimy smaaaalec !!”*

 

*(wegański, oczywiście!)

 

P.S. Zainteresowanych odsyłam do alfa i omegi w zakresie żarcia, samouzdrawiania i świadomego lajfstajlu – proszę Państwa, oto Pepsi Eliot!

 

xxx

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s