Dobro wraca? Tak, ale wybrzydza.

Niby już o tym pisałam chyba ze dwa razy. Nie dociera, wiadomo. To napiszę trzeci raz. Ale już nieco inaczej, bo skieruję to do tych, co już wiedzą na czym to polega. Zastanawiają się tacy jak to ładnie ogarnąć, by wilczek syty i owieczka cała były. Chodzi o ludzkie i okrutne bycie miłym. Ale tym razem pójdę jeszcze dalej.

Pokażę to z dwóch stron.

Z pierwszej strony sami mili ludzie. Z wyciągniętymi rękoma. W negatywnych barwach. Fałszywi. Zachłanni. Interesowni. Hipokryzja aż razi. Wrócę do nich później.

Z drugiej strony ofiary tych pseudomilusich z wyciągniętymi rękoma. Ofiary na własne życzenie.

Bo jeśli tacy nie są fałszywi, to na zyliard procent będzie w ten sposób o nich ktoś (właśnie te ofiary) myślał. Bo jak można być tak po prostu bezinteresownym? Żeby pomagać innym i dawać tak o? Nie, taki na pewno musi coś chcieć w zamian. Patrzymy podejrzliwie na cokolwiek dostajemy od innych. Na tych, którzy nam pomagają z własnej woli. Nie lubimy mieć w gronie swoich znajomych ludzi z wyższym statusem hajsowym – toż to wielki kłopot przy prezentach.

I tu śliczny przykład od Steffena Möllera. Do bycia grzecznym dodał honor. A polski honor to nie byle jaki honor. To honor przez wielkie samo ha.

Cytując jego książkę “Polska da się lubić”:

“Pewnego dnia jechaliśmy ze znajomymi do Żelazowej Woli. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, bo kolega Tomek chciał kupić colę. Poprosiłem Tomka, aby mnie też przyniósł butelkę. Po chwili wrócił i podał mi colę. Zapytałem:
– Ile za nią dałeś?
– Dwa pięcdziesiąt.
Wyjąłem portfel, aby mu oddać pieniądze. Tomek odpowiedział klasycznym polskim zwrotem:
– No co Ty! Nie wygłupiaj się!
Pół godziny dyskutowałem, ale nie chciał przyjąć pieniędzy. W końcu powiedział:
– Następnym razem Ty postawisz colę.
Dobra, zrozumiałem aluzję. (…)
Następnego dnia poszedłem do supersamu. Potem umówiłem się z Tomkiem.
– Cześć. Masz tu coś za wczorajszą colę.
Wręczyłem mu puszkę napoju energetyzującego. Na marginesie mówiąc, była trzy razy droższa niż jego cola.
Po dwóch dniach dostałem od Tomka butelkę wina. Musiał zapłacić za nią sporo ponad trzydzieści złotych.
Zląkłem się. Przed oczami miałem długą spiralę prezentów i rewanżów. On kupił mi wino. Ja kupię mu szampana. On kupi mi skrzynkę piwa, ja jemu – ileś butelek wykwintnego reńskiego wina. On przywiezie mi ze swoich stron koło Kielc bezcenną śliwowicę łącką.
Postanowiłem pójść na skróty. Porozmawiałem ze swoją dziewczyną, zadzwoniłem do rodziców, wydoiłem konto i umówiłem się z Tomkiem.
– Cześć. Wino było rewelacyjne. Jeszcze raz dziękuję. Pozwól, że dziś ja Ci dam mały upominek. Weź to terenowe auto z podwórka. W bagażniku jest sto butelek reńskiego wina. Na fotelu leży mapa Niemiec. Zaznaczyłem Wuppertal. Będą tam czekali moi rodzice, którzy przepisali na Ciebie działkę, bo im już nie jest potrzebna. Abyś nie zabłądził, będzie siedziała obok Ciebie moja dziewczyna. Doskonale zna autobabny i też bedzie do konca życia do Twojej dyspozycji. Szerokiej drogi!
Od tego dnia nie było wieści od Tomka.”

Widzicie?

Błędne koło. Stanie w miejscu. Udupienie z zonkiem w głowie, które nie pozwoli Ci zasnąć.

Powiadają, że dobro wraca, ale elo, to nie jest wracanie, które kosmos ma na myśli. To jakaś chora pajęcza wdzięczność, z której się tak łatwo nie wyplątasz. Bycie ładnie wychowanym, owszem, ma tu sporo do rzeczy, ale nawet taki takt ma swoje zdrowe granice.

Wracając do pierwszej strony – ludzie milusińscy, przyjemni w obejściu, z ręką do krwawiących ran przyłóż. Maski na buziach mają ciepłe, zachęcające, pełne współczucia i oceanicznego zrozumienia. Mistrzowie słuchania, rozmawiania i potakiwania. Nie na darmo są tacy empatyczni.

Nie mylisz się. Tacy RZECZYWIŚCIE oczekują od Ciebie pomnożenia swojej dawanej dobroci. Z premedytacją głoszą i ukazują swoją pseudobezinteresowność w myśl tej wyklepanej zasady – dobro wraca. Nawet jeśli działają z wyrachowaniem łudzą się, że dobro do nich wróci i tak. W postaci milionów w totka, awansu w hucie czy prestiżu na balach charytatywnych u prezesów tego świata.

Okej, sytuacja. Taka osoba Ci pomogła, kiedy byłaś na dnie finansowym czy duchowym, cokolwiek. Pomogła. I wygrzebałeś się z tego dna. Super. To teraz pytanie: odwdzięczać się jej czy nie?

Są trzy opcje.

  1. Pierwsza opcja – bardzo popularna, mollerowska, no a jakże, odwdzięczasz się NATYCHMIAST po stokroć, sam od siebie, dajesz gwiazdki z nieba, przychylasz słońce i w ogóle, rewanżujesz się na miarę swoich (no delikatnie mówiąc, bo kredyty są wciąż na miarę naszych) możliwości. O to chodziło darczyńcy, bo za słowa, trochę wspólnych chwil i głaskań po plecach dostaje materialną, namacalną rzecz.
  2. Druga opcja – olewasz. Dziękujesz ślicznie, dozgonnie zapewniasz o wdzięczności ze swojej strony i coś tam klepiesz o wiecznie otwartych drzwiach i kieszeniach swojego domu. I idziesz dalej. I żyjesz w błogiej nieświadomości, że dawcy żyje się wspaniale i nic do Ciebie nie rości, no dobra, zapominasz. Ale on nie zapomina. Jak piorun po kilku epokach lodowcowych ujawnia Ci się w Twoich drzwiach i prosi o pomoc. Na którą zazwyczaj Cię nie stać. Ani finansowo ani duchowo. Albo Cię stać, ale nie masz ani nastroju ani warunków ani w ogóle niczego. No, ale słowa słowami, obiecywałeś to teraz czyń honory. Masz miękkie serce, nie odmawiasz. Pomagasz sam od siebie, musisz no. Dawca żmijowato szczęśliwy. O to mu chodziło. Efekt jak w opcji pierwszej.
  3. Trzecia opcja – olewasz. Dziękujesz bardzo prosto, bez zobowiązań. Niczego nie obiecujesz, nie składasz wiążących deklaracji. Zakładasz ochronny antytoksyczny kokon i idziesz dalej.

I tu podzielę tę trzecią kwestię na dwie mniejsze opcyjki.

Co zrobisz jeśli dawca wróci do Ciebie z błagającą pomocą?

  • Pierwsza opcyjka.

Najpierw przemyślisz jego problem, czy faktycznie Twoja pomoc jest potrzebna. Rozważasz jego sytuację, możliwości, warunki i jego otoczenie. Rozważasz swoją sytuację, możliwości, warunki i swoje otoczenie. I zastanawiasz się dlaczego akurat TY.

Nie dasz się złapać.

Później, w zależności od wagi jego problemu pomagasz lub nie. Z tym, że Twoja pomoc nie będzie doraźna, ale naprowadzająca, nakierujesz odpowiednio tę osobę, wyjaśnisz jak może sama sobie pomóc, udzielisz jej wskazówek co może zrobić. Czasem potrzebne jest upierdliwe rozłożenie na czynniki pierwsze (+100 do własnego sprytu i złapania w jego własne sidła samego pseudopotrzebującego).

Nie pomagasz jej doraźnie, bezpośrednio.

Jeśli Cię pogłaskała po plecach to też ją pogłaszcz. Jeśli pożyczyła Ci 100zł, a chce od Ciebie 1200zł – nie, nie pożyczysz, bo Cię nie stać. Pokażesz jej dobry bank. Jeśli pozwoliła Ci przenocować u siebie, bo się poszarpałaś z małżem i teraz chce przespać się u Ciebie, bo prądu u siebie nie ma, no okej, albo pozwalasz, bo akurat mieszkasz sama, albo dajesz jej świece i zapałki, bo akurat mieszkasz z czwórką słoneczków. Wszystko w granicach rozsądku. Okrężną drogą. Da się? Da się. Wystarczy na chłodno poanalizować a nie lecieć z jęzorem, z chlebem i solą.

  • Druga opcyjka.

Nie odwdzięczasz się. W ogóle. Okrutne, ale czasem nie ma naprawdę takiej potrzeby. Dawcy się wyśmienicie żyje i niech wszystkie bozie świata mają go w swej luksusowej opiece.

No, ale zostałeś jeszcze Ty. Masz fajne, rozsądne sumienie i nie zostawisz go niespełnionego. Jakiś tam maleńki zgrzycik ‚zobowiązania’ zostaje. Dostałeś coś, to teraz masz parcie by to obdzielić, rozdać, pokazać, że Ci się udało, że dałeś radę, że ludzie Ci pomogli (już nieważne jacy to ludzie, ważne, że pomogli). Trzeba to podać dalej!

No właśnie – podać dalej.

Najlepszym wyjściem z tego wszystkiego będzie STWORZYĆ REAKCJĘ ŁAŃCUCHOWĄ.

Nieważne co to będzie – świeżo upieczona babka dla starszej, samotnej sąsiadki, przypomnienie o niewłączonych lampach w aucie, umówienie się na szejka waniliowego z zapłakaną znajomą, którą ledwo co znasz, wysłanie uśmiechniętego esa do dalekiej kuzynki, która jak się okazało akurat truchlała ze strachu przy poborze krwi do badania, zabranie z jezdni przejechanego, wciąż żyjącego pieska. No wszystko może być, cokolwiek Ci wpadnie w danej chwili do głowy, serca. Autentyczne poświęcenie swojego czasu.

Nie wiesz jaki efekt, jaki skutek będzie miała Twoja pomoc. I nie powinno Cię interesować co się dalej stanie. Karma swoje zrobi. Życie wie lepiej jak to dalej rozpowszechnić. Zaufaj mu. Zaufaj ludziom. Nie wszyscy są takie żmije jak wyżej opisywałam.

Nie pomagaj, bo to modne. Pomagaj, bo to oczywiste. Honor też bywa zdradliwy. Nie wystarczy, że zapłaczesz na filmikach z jutuba, gdzie bezdomni mówią o swoich doświadczeniach z żebraniem. Nie wystarczy, że zalajkujesz i udostępnisz na fejsie wideło, które pokazuje jak ciężarnym klaczom podrzyna się struny głosowe. Nie wystarczy, że wpłacisz pięć złotych na chemioterapię dziecka, które już i tak dawno umrzyło (magia internetów). Bo wyłączysz te internety i zapomnisz. Wrócisz do skrobania ziemniaków.

W codziennym życiu polegaj na swoich odruchach. Nie wstydź się ich. Miejsce szeroko otwarte oczy, reagujcie od razu na codzienne duperele, które Wam nie pasują. Odruchy są przepiękne, spontaniczne. Są naturalne, prawdziwe, szczere i przepełne dobrej, pozytywnej energii. Niesamowicie łatwo i lekko roznoszą się po otoczeniu, po świecie.

I wierzcie mi –  tylko TAKIE COŚ ZAWSZE wraca.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s