„Kocham Cię, bo… bo… bo…” czyli żebracze związki.

Moje pierwsze małżeństwo było błędem. Byłam wtedy młoda, naiwna i zielona. Miłość podobno bałamuci na mózgu, nie? Jeszcze długo mi się wydawało, że byłam ślepa. Wydawało mi się. Byłam jak najbardziej trzeźwa. I bardzo szybko zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi w związku. Dlatego później, już po rozwodzie, długo nie miałam nikogo koło siebie.

Przed ślubem zapytałam exmałża dlaczego mnie kocha. Wiem, nie powinno się pytać w ten sposób, ale paradoksalnie to jedyna opcja, która ma w sobie niezły haczyk w odpowiedzi.

“Bo Cię potrzebuję.”

Aha.

Zapaliła się czerwona lampka, coś nie tak było, coś mi się nie zgadzało, nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Jak to ja, zaczęłam rozkminiać nasz związek na czynniki pierwsze. To, że doszło do ślubu, to już inna baśń, wszak rozkminiać skończyłam dopiero po rozwodzie.

Wiecie, cały czas poznajemy fajnych ludzi. Zauraczamy się, zakochujemy się. Czasem naturalnie, czasem fałszywie.

Fałszywie? Przecież nad miłością nie masz kontroli, jak możesz udawać swoje uczucia wobec kogoś? Serce wydziera się z piersi, nogi same się rozkładają, co zrobię, no, gościu ma dużo mamony, patrzcie jak fajnie się bawi z synalazkiem, jak mnie ładnie komplementuje, że skarpetki ślicznie ceruję, obiad ma zawsze ciepły o 17.00, oj sorry, nie pójdę dziś kochana z Tobą na pleśniaka, małż chce popkorny na jakieś mecze, boshe, on jest taki silny, zawsze mnie obroni przed wilkami w lesie, zna francuski, islandzki, koperek umie posiać, nie zginę z nim po apokalipsie, zaczął grać w pokera? mamy dwa domy na kredycie, ja mu dam pokera, no minety umie takie robić, że nie mogę, seks lepszy niż Indiańcy mają w swojej kamasutrze, itakdalejitakdalej, POTRZEBUJĘ GO, bo daje mi to, tamto i siamto.

Masz określone potrzeby, dajmy na to odwieczną klasykę: czułość, bezpieczeństwo, wierność, stabilizacja jednym słowem. One się zmieniają wraz z Twoimi doświadczeniami w ciągu życia. Kilka lat temu spałaś w złotej klatce, potrzebowałaś czułości, bo połówka w hutach harowała. Odeszłaś od huciarza do lowelasa, który Ci tę czułość zapewnił. Z kolei lowelas groszem nie świeci, brakuje Ci na buty od Korsa, bo przecież w zeszłorocznych od Prady chodzić nie będziesz. Rzucasz go. Milioner Ci się napatoczył na matczkropkakom, wow, wygrał w totka, nie pracuje, hajs ma, czas ma, seks zarąbisty, niczego Ci już nie powinno brakować, prawda?

Ale brakuje. Nie wiesz czego, ale jednak to nie to…

W sumie nie znasz tego milionera. Nie znasz też siebie, gorzej, nie poznajesz siebie. Nie wiesz jaki on był przed czasami bycia Midasem. Nie wiesz czy kłamie, czy zaopiekuje się Tobą w razie udaru. Nie jesteś pewna czy zna Twoje dziecięce marzenia, czy wie jakie przyprawy lubisz, gdzie Twoja Mamuś mieszka. Ty zapomniałaś jak przyrządzone ziemniaki lubisz, a nie, czekaj, lubisz pieczone pjure w parmezanie, bo on też takie lubi. Wasz związek przecież się kręci wokół niego, jego pieniędzy, seksu i życia chwilą. Jesteś z nim, bo daje Ci, to czego Ty sama potrzebujesz. Przy okazji zmieniając się pod jego wpływem. 

Kochasz go? Kochałabyś, gdyby nagle wszystko stracił? Twoje potrzeby poszłyby przecież w pizdu. Miłość też by poszła w pizdu?

Halo, a gdzie Ty sama? Dlaczego musisz być z kimś na siłę? Boisz się samotnych nocy? Nie masz co ze sobą robić kiedy wracasz z huty? Nie zapomniałaś o zaległych, wymarzonych kursach szydełkowania? Nie grozi Ci miażdżyca przypadkiem i trza by zmienić nieco styl życia na celibackowitariański? Pamiętasz numer telefonu do psiapsiółki? Coś mi się zdaje, że umarła na suchoty czy coś.

Przypomnij sobie o swoich planach, marzeniach. Zrób sobie ziemniaki na kilkaset sposobów i spróbuj je wszystkie po kolei, aż znajdziesz swój smak. Idź do Primaniego, przymierz punkowy styl, może Ci się wpasuje i nagle Cię olśni, że jednak wolisz to, a nie czerwone mini na koturnach? Próbuj, próbuj, próbuj. Szukaj siebie, szukaj satysfakcji z bycia sobą. Choćby to miało trwać kilka lat. Naucz się mówić „Nie”. Przestań być niedokończoną połówką, która uzależnia swoje szczęście od drugiego człowieka. Uzależniaj swoje szczęście od SWOICH potrzeb na daną chwilę. Tylko i wyłącznie. Zadbaj o SWOJE szczęście.

Postaw na “Bo ja tak chcę.”

Stań się całością. Bujaj się sama. Wtedy nie rąbniesz o glebę i nie będziesz musiała się podeprzeć drugą połówką, by się dalej bujać.

I wówczas znienacka spotkasz inną całość i zaczniecie się razem bujać. Żadne z Was, kiedy się potknie, nie walnie mordą o beton. Co najwyżej podskoczy i będzie “ała”. Ale bujać się dalej będzie, całością dalej będzie.

Najfajniejsze w tym jest to, że jak spotykasz kogoś takiego to nie masz silnej potrzeby bycia z tą osobą. Owszem, tęsknisz, wzdychasz, nogi się rozkładają, marszałek stoi, itakdalej, ale tu już inaczej jest. Nie potrzebujesz czyichś smaków, czyichś dolarów, czyichś pasji. Masz przecież swoje smaki, którymi obstawiasz swoją kuchnię, masz swoje dolary, masz swoje pasje. A, że je sobie wysoko cenisz to doskonale rozumiesz, że druga osoba ma tak samo. I dajesz jej przestrzeń. Ty jesteś szczęśliwa, bo pilnujesz siebie. On jest szczęśliwy, bo też pilnuje siebie. Jest spokój. Jest DOM. Jest miłość.

Niby razem, a jednak osobno? Jak dwie szyny torów kolejowych? To tak można?

Zapytałam parę osób z długoletnim, szczęśliwym stażem małżeńskim, z jakiego powodu zdecydowały się być razem.

Odpowiedzi wcale mnie nie zaskoczyły.

Nie usłyszałam ani jednego: “Bo Go/Ją potrzebuję.” czy coś w tym stylu.

Usłyszałam: “No, chciałam i chcę z Nią/Nim być.”

Nie kochasz, bo potrzebujesz bara bara. Nie kochasz, bo potrzebujesz dachu nad głową dla synalazka. Nie kochasz, bo żal Ci partnerki z jakiegoś powodu. Nie kochasz, bo potrzebujesz kogoś, by samemu być szczęśliwym. Nie mamy prawa żebrać o czyjeś serce, by zaspokoić nasze potrzeby i pragnienia. Nie igra się z miłością, wszystko wraca, powtarza się, a my znów pokutujemy nad kolejną klasówką życiową.

Żaden mój związek po rozwodzie nie był poważny. Zdążyłam chwytać momenty u siebie lub u niego, że jednak jest się razem po coś. I szybko takie relacje się kończyły, kiedy oczekiwania którejś ze stron zostały spełnione.

Los szasta nami po różnych ludziach, po różnych relacjach. Uczymy się, popełniamy błędy, normalnie, jak to w życiu. Szukaj najpierw siebie, swojego miejsca w sobie, stwórz sobie swój dom, nie bój się mówić “chcę.” W chceniu nie ma “bo, bo, bo, bo…”, bo jak wytłumaczysz, że chcesz te ciasteczko z lokalnej cukierni o smaku chałwowym? Smakuje Ci, prawda? Po prostu kochasz ten smak, to jesz i już.

Związek też właśnie tak powinien smakować. Masz lubieć siebie w tym związku. Masz akceptować drugą osobę w pełni. I nawet przez głowę Ci nie przejdzie, by cokolwiek w niej zmieniać. Ciężko pracowałaś na siebie, znasz to, rozumiesz, pilnujesz tego. Jest obustronny szacunek. Masz lubieć atmosferę między Wami. Kochasz, to robisz to i już.

Masz po prostu CHCIEĆ zburzyć jedną ścianę w swoim domu i razem z drugą osobą wspólnie dobudować parę cegiełek do jego domu. Te pośrodku to wszystko Wasze – Wasze dzieci, wspólne pasje, kompromisy, codzienność. Da się. Tak po prostu.

img_20151211_181202-2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s