Histerektomia cz.2 – bo walka to moje drugie imię

Historie mają to do siebie, że mijają, że wciąż w nas trwają, że pamiętamy. Ale pewnych rzeczy po prostu nie da się pamiętać. Bo pamiętacie swoje uczucia? Swój smutek, swoją największą radość? Bólu na przykład się nie pamięta, tylko okoliczności związane z nim, te okoliczności właśnie bolą. Zresztą wszystko od wszystkiego zależy, prawda?

Nie powiem, że nie pamiętam mojej historii. Przywołuję ją specjalnie, to i ona na życzenie przychodzi. Z upływem czasu coraz bardziej zamazana, zamglona. Dlatego piszę.

Moja historia zaczęła się nie tak dawno, szybko nabrała zawrotnego tempa i równie szybko się skończyła. Mimo ogromnej rozpiętości czasowej. Ale kto tam czas mierzy w takich chwilach, kiedy chce się szybciej, szybciej, szybciej go zakończyć?

Jeśli ktoś nie zna mojej genezy histerektomii, zapraszam tutaj:

Histerektomia cz.1 – bo walka to moje drugie imię

Kontynuujmy.

Zanim w połowie stycznia przyleciałam do Polski na operację, musiałam u siebie załatwić jeszcze multum spraw. Były to w sumie trudne lekcje, najtrudniejsza z nich dotyczyła zwolnienia chorobowego w pracy. Trzeba było schować dumę i poprosić grube ryby o pomoc. Ja, iście niezależna i arcysamodzielna, niesłysząca w dodatku, kobieta, biłam się z myślami, biłam się w piersi, analizowałam, przekonywałam siebie. Że to nic strasznego, że to nie uwłacza mojej dumy, nie upokarza mnie. Będę żałowała, jeśli nie wykorzystam wszystkich opcji pomocy. Bo zawsze coś jest, zawsze coś zostaje, tylko nasz strach, duma i wstyd hamują przed wyciągnięciem o pomoc ręki.

Udało się. Jak wszystkie inne sprawy. Czułam, że to już ten czas, kiedy cała reszta poleci z górki, ten właściwy czas na swoim miejscu.

Przyleciałam do Polski, białej, zaśnieżonej, pięknie mroźnej Polski. Umówionego dnia stawiłam się w szpitalu. Niestety, mój roztrzepany ginekolog pomylił daty przyjęcia. Następnego dnia dopiero, yh.

No dobra, znowu na czczo bladym świtem. Od razu wzięli mnie pod lupę z wszystkich stron. Intensywny dzień, o głodzie, na badaniach. Bardzo intensywny, lekarze kilka razy namawiali mnie, bym nie usuwała macicy. Diabelsko droga Esmya, którą brałam ostatnie trzy miesiące, swoją robotę odwaliła na tyle, ile była warta – mięśniaki skurczyły się o ponad połowę. Argumentowali się moim młodym wiekiem, chęcią zajścia w ciążę:

“- Przyjdzie Pani do mnie za pięć lat z mega facetem życia i będzie płakać nad brakiem macicy.

– Ależ panie doktorze, ja i tak bezpłodna jestem.

– In vitro? Adopcja?

– Głuchej nie uwzględnią adopcji. In vitro? Inni bardziej chcą dzieci niż ja. Mam inne priorytety w życiu, doktorze.”,

oraz ewentualnymi skutkami ubocznymi w niedalekiej i dalekiej przyszłości:

“- No ja wiem, że ćwiczyć trzeba do końca życia, wiem, że mięśnie Kegla, że dźwiganie, że boks odpadnie, i inne wyczynowe, wiem, że zdrowe odżywianie, wiem, że nie trzeba hormonalnej terapii zastępczej, i wiem, że najbliższy rok zszarga moją cierpliwość, wiem, doktorze, wiem…”,

i to, że podejmuję decyzję pod wpływem emocji, przez wzgląd ostatniego roku:

“ – Tu nie chodzi o miesiączki jako krwiste Niagary. Mięśniaki w moim przypadku i tak i tak wrócą, po co mam wracać do tego, eksperymentować z jakimiś cudacznymi hormonami, sterydami, szarpać się znowu z łyżeczkowaniami? Macica i tak już jest wystarczająco poharatowana. Próbowałam wszystkiego? Próbowałam.”

Dali mi czas do wieczora. Siedziałam całe popołudnie na telefonie i przypominałam sobie wszystkie informacje zebrane z ostatniego półrocza, pytałam, rozmawiałam. I płakałam. Wszak to decyzja na całe życie, pozbawić się świadomie pewnego organu. Byłam już zdecydowana od września a tu znowu poddają mnie jakimś wątpliwościom… Jednak mimo łez i nerwów, gdzieś tam w tle aż huczało:

“Usuuunąć. Usuuunąć. Usuuunąć. Usuuunąć.”

Wieczorem przy konsylium lekarskim podpisałam klauzulę, że zgadzam się na usunięcie trzonu macicy, z pozostawieniem jajników i szyjki macicy.

Bardzo ciężka była również rozmowa z anestezjologiem. Nie chciałam powtórki z października, kiedy nie trafili z wkłuciem w kręgosłup i poskutkowało to odwołaniem operacji. Strach był zbyt silny. Anestezjolog gorliwie zapewniła mnie o paru rzeczach, które się nie powtórzą i ustaliliśmy, że będzie to znieczulenie krzyżowe, z duuuużą ilością prochów nasennych. To w końcu operacja brzuszna a nie laparoskopowa.

Przygotowałam również uściskający pas, z którym miałam się nie rozstawać przez pierwsze miesiące.

Niech się dzieje co ma być.

Byłam pierwsza. Dostałam te usypiacze. Zaczęły działać jak tylko wjechałam do sali operacyjnej. Maluczko czułam szybkie i sprawne wkłucia w kręgosłup. Odleciałam fiu fiuu.

Obudziłam się w trakcie. Fajne uczucie. Zobaczyłam pielęgniarkę, która po spojrzeniu na mnie wlała jakiś płyn do wenflonu. Wiedziałam, że to dożylne znieczulenie. Ale przez te milisekundy zdążyłam popatrzeć na przód – na parawan przy brzuchu, swojego lekarza i zdążyłam poczuć, że coś grzebią mi w środku. Nie było to nieprzyjemne, ale było czuć, jak przez mgłę.

Obudziłam się z kręcącą na “nie’, głową, w myślach miałam:

“Nie, jeszcze nie zasnęłam” 😀

Kilkanaście minut później wybudzam się już całkiem i wiozą mnie na górę, do sali. W korytarzu czeka na mnie Tatko i cieszy się bardzo widząc mój szeeerooooki uśmiech 🙂

Podczas przygotowań na łóżku zauważam założony pas, kompres na brzuchu i cewnik. Boli wszystko. Podczas reszty dnia bywało bardzo różnie, chciałam wymiotować, odrzucało mnie, bolało, chciałam rzygać, pisałam wiadomości na telefonie, Mama zimne okłady na czoło dawała, chciałam wymiotować, spałam, morfina działała. Dyżurujący lekarz stwierdził, że:

“ – Pani przecież czuje się tak, jak każdy człowiek po operacji.”

Selfie zrobiłam też, z zimnym kompresem na czole 😀 I wpis na Facebooku umieściłam, z wiernym słonikiem z pracy.

Nie pamiętam tego dnia. A jednak takie durne rzeczy byłam w stanie robić…

Kolejne dwa dni o głodzie, na kroplówkach. Na trzeci dzień dostałam kleiki i sucharki. Morfina jeszcze leciała. Bolało? Tak, no normalnie, tak jak miało boleć. Ściągnęli też cewnik i brutalnie kazali wstać. Ale usiąść najpierw trza, no. Akurat kumpel był. Chichrał się z boku jak sprzeczałam się z pięlęgniarką. Te siadanie to cała wyprawa !! Szkolenie istne, jak zginać łokcie, jak się podpierać, kiedy nogi spuścić, wszystko, byle nie używać mięśni brzucha. Do ubikacji trzeba – dziesięć wypraw !! Chodzenie to jakaś masakra. Zgięta w pół człapałam umyć zęby czy wyjść za potrzebą.

O rany.. Ile razy się krztusiłam, nawet w środku nocy… Szybko poduszka do brzucha i albo się hamować, albo kaszlnąć raz a porządnie. Niesamowity ból, Panie, niesamowity… O śmiechu nie wspomnę, piękny dystans do sytuacji Cioci omal mnie mnie zabił. Ale z mówieniem już z każdym dniem było lepiej i głośniej.

Na czwarty dzień już dostałam normalne jedzenie. Ale co ja tam jadłam. Śniadanie dwie godziny, zupa godzina i kolacja znowu dwie godziny. Po jednej kromce chleba z uroczo udekorowaną kurkumą i sałatką z koperkiem. Straszliwie bolało przekręcenie się na bok. Nie zdejmowałam pasa, gdzież tam. Zaczęłam też robić spacery po korytarzu.

I wtedy zaczęłam rozmawiać ze swoim ciałem.

“Słuchaj, ostatni rok był dla nas bardzo ciężki, nieźle się zabajzelowałyśmy obie. Nie powiem, spieprzyłam na całej linii ignorując Twoje wcześniejsze wołania o pomoc. Przepraszam za to. Ale chyba wiesz, że próbowałam i inni mi też w tym pomagali. Wiem, że ta decyzja to od Ciebie pochodzi i musisz wiedzieć, że i ja tej decyzji nie żałuję.

Dziękuję, że wytrzymałaś tyle, że walczyłaś, że nie poddałaś się i dotrwałaś do końca.

Zaczynamy nowy rozdział, dostałam kolejną szansę od Życia, nie zmarnuję jej. Nauczę się rozmawiać z Tobą, słuchać Ciebie. Obiecuję, że nie zawiodę tym razem. Pomogę Ci i ufam, że Ty też mi pomożesz przejść przez najbliższy rok i resztę życia.

Zaczniemy spełniać moje marzenia odłożone od wielu lat na bok. Pokażę Ci świat, wejdziemy na niejeden górski szczyt, popływamy sobie znowu na Malcie, będziemy grać w Twojego ulubionego squasha, poznamy nowe doświadczenia, tyle nam jeszcze przecież zostało, co nie?

Damy radę, prawda?”

Moje ciało jeszcze długo mi nie odpowiadało. Nic dziwnego, obraziło się chyba, albo było wyczerpane tą całą operacją. Dałam sobie czas i nie ustawałam w rozmowach z nim.

Siódmego dnia po operacji wyszłam do domu. Ze skromnym zaleceniem od ginekologa:

“ŻADNEGO DŹWIGANIA !!!”

Wsiąść do auta, jechać, wysiąść. Kolejne szesnaście wypraw. Z pasem nie tak łatwo szło to wszystko. W domu już każdy kolejny dzień przynosił sukcesy – a to mogłam sama skarpetki ubrać, a to mogłam pochylić się nad umywalką i porządnie wyszorować buzię, a to mogłam stanąć prosto pod prysznicem, a to mogłam bez bólu się pośmiać (kaszel dalej bolał, sikanie też, jakby mi cały pęcherz rozrywało). Całymi dniami leżałam, chodziłam po mieszkaniu, leżałam, rozmawiałam, oglądałam tiwizję, jadłam kanapkę godzinami. I leżałam.

W międzyczasie ściągnięcie szwów, a właściwie jednego, niekończącego się szwa, przemile zakończonego kolorowymi guziczkami. Ile ja się naprzeklinałam w myślach…

Na początku lutego była wystawa malarska moich przyjaciół. I to w Opolu. Rzadko mi się zdarza opuszczać ich wernisaże, toteż tej również nie mogłam odpuścić. No, ale po operacji? Tak świeżo? I to jeszcze z małą imprezą po wernisażu? Dla przyjaciół wszystko! Jedna przyjechała dzień wcześniej, oderwałam się porządnie. Większość zauważyła moją wielką zmianę w wyglądzie – złagodniałam, częściej się uśmiechałam, moja twarz nabrała spokojnego, relaksującego wyrazu. Jedna kumpelka aż napatrzeć się na mnie nie mogła, widziała mnie wcześniej przez cały czas trwania tego piekła, miała porównanie. Było pięknie, przyjemnie i swobodnie.

Kolejne tygodnie również obfitowały w sukcesy. Wychodziłam już na małe spacery poza dom. Spotykałam się ze znajomymi w moim mieście, poszło się do kina, pubu, jakieś wegańskie żarcie, wódeczka na imprezce, takie tam.

I co najważniejsze, moje ciało w końcu się udobruchało i zaczęło się do mnie odzywać. Najpierw mamroczącycm półgębkiem, potem półsłówkami, potem krótkimi zdaniami, aż w końcu całkiem odpuściło i zaczęło współpracować ze mną na całej linii. Co za uczucie ! Jakby intuicja mi się panoramicznie poszerzyła. No, ale musiałam trochę to ciało podrażnić 🙂

Minęły dwa miesiące. Wychodziłam już swobodnie, chociaż moje tempo to jeszcze nie było. Jadłam wciąż jak myszka z anoreksją, a co za tym idzie, waga leciała mocno w dół. Spałam i leżałam już bez pasa, bo zaczął mnie drażnić (o widzisz, to sprawka ciała), ale poza dom to miałam go musowo założony.

No i trzeba było wrócić do Anglii, do mojego utęsknionego domu. Ale najpierw wizyta kontrolna u mojego lekarza. Wszak minęło magiczne 6 tygodni cackania się ze sobą. Wszystko ładnie się goi, wszystko na miejscu jak powinno być.

“ – A siłownia, panie doktorze?

– No, takie rozciągające to można spokojnie, basen, spacery, dźwiganie do 3 kilogramów teeeż, ale już nie podnoszenie niczego powyżej 3 kg z dołu, no.

– A squash? Bieganie?

– Nie, żadnego biegania, żadnego skakania. Absolutnie.

– Okej… A ten wzdęty brzuszek, zejdzie, prawda?

– Oczywiście, to gazy po narkozie. Zejdzie za kilka miesięcy.”

Przyszedł też wynik histopatologiczny mięśniaków. Okazały się nietypowej budowy, co zwiększało ryzyko nawrotu. Doktor tego nie powiedział, ale czułam, że w duchu przyznaje mi słuszność decyzji.

Ślicznie mu podziękowałam za cierpliwość, za opiekę nade mną, za szybkie reagowanie w każdej sytuacji, za bycie, kiedy go potrzebowałam. Uściskałam go. A doktor odwzajemnił uścisk jeszcze mocniej 🙂 Fajne błogosławieństwo 🙂 W maju znowu się zobaczymy, zapytam o squasha i robienie brzuszków.

Mama ze mną leciała do Anglii na miesiąc. Gdzie u mnie odkurzanie? Gdzie u mnie gotowanie, skoro apetytu nie miałam i najchętniej nic bym nie jadła? Gdzie u mnie poczucie bezpieczeństwa? Jeszcze za wczeeeśnieeeeeee, bym była sama. No ludzie, ale za to jak wsiadłam za moje cztery kółeczka… Ekscytacja do zyliardowej potęgi !! Szum silnika, wciśnięcie pedału gazu i zmiana biegów. Kurde, to aż tyle mięśni te kierowanie angażuje?? Nic dziwnego, że jazda samochodem jest zabroniona do dwóch miesięcy. Od razu pojechałyśmy do moich kumpelek z pracy, do jednej na dobre ciasto, do drugiej poprzytulać się a u trzeciej to już klamkę pocałowałam. Zaczęłam z Mamą coraz dłuższe spacery, początkowo zrobienie 6 kilometrów wymagało paru przystanków, by złapać oddech, ale po kilku tygodniach już spokojnie zrobiłam 16 😀 Bez odpoczynku 😀 I w pewnym momencie znienacka ciało się brutalnie odezwało, że pasa nie chce. Nie i już. Odstawiłam bez spierania się. Już czułam się całkiem komfortowo.

Poczłapałam też do mojej angielskiej lekarki. Zdziwiła się lekko, że już po wszystkim i tak szybko, ale jednocześnie nie była zaskoczona moją decyzją. Dała papierek do pracy zakazujący jakiegokolwiek dźwigania oraz możliwość odpoczynku do końca czerwca. I kilka porad w zakresie suplementacji minerałów i witamin. No, bo do pracy trzeba było wrócić kiedyś, nie? No pewnie, że miło bardzo mi było zobaczyć te wszystkie frajdowe gęby, opatrzone się od wielu lat. Najważniejsze jednak było podziękowanie tym, którzy mi pomogli przez ostatni rok, nierzadko łamiąc zasady i pomagając na lewo. Ale jak to zrobić? Co kupić? Mimo, iż głowiłam się nad tym całe miesiące przed, to jednak odpowiedź przyszła dosłownie w ostatnich chwilach. I były to podziękowania skromne, przyzwoite, za to idealnie trafione.

“Przecież żyjemy dla momentów, dla wspomnień.”

Lekko mnie zaszokowała sytuacja, kiedy po wcześniejszym, grzecznościowym zaprzeczaniu, że

“ – Głupol z Ciebie, nie trzeba było, naprawdę.”

zapytałam:

“ – To nikt Wam nigdy nie podziękował za Waszą robotę, za to co robicie dla innych w pracy?

– Nie. Nie powiedzą “dziękuję” a jeszcze nowe problemy dołożą.”

Dziękując tym osobom jednocześnie zamknęłam tę sprawę, nie pozwalając by pozostała otwarta, by miała jakikolwiek ciąg dalszy.

A jak jest teraz?

W pracy ludzie mi sporo pomagają i jestem im bardzo za to wdzięczna. Nie wszystko jeszcze jestem w stanie zrobić, często jajniki się odzywają, zakłują, pobolą, plecy jeszcze niewyćwiczone, zesztywniałe od bezruchu. Pierwsze pół roku będzie decydujące wobec reszty życia. Wszak pełne wyleczenie w środku organizmu potrwa do roku:

– Bo przecież tam mokro a w wilgoci zawsze dłużej się goi.” – skomentowała jedna koleżanka 😀

Za kilka dni minie 12 tygodni, druga magiczna połowa. Trzy miesiące wydają się ogromem czasu, ale to wciąż za krótko by wrócić do pełnej sprawności.

Dietę wciąż trzymam, ma być lekko, ze względu na unikanie zaparć. Piję koperek włoski, anyżek, jem Ulgixy. Czasem coś tam poboli:

“- Jajniki piszczą? To dobrze, to znaczy, że działają, że pracują. Bo jak coś nie pracuje, to znaczy, żeś martwa.”

No właśnie, jajniki muszą się przyzwyczaić do nowej roli, muszą nauczyć radzić sobie bez macicy. W efekcie trochę czasu zajmie mi rozpoznanie, kiedy jest pseudomiesiączka a kiedy jajeczkowanie. Zresztą – uspokoją się za jakiś czas i będą pracować po cichu.

Zaczęłam robić już przysiady, z każdym tygodniem coraz więcej oraz codzienne, lajtowe workouty całego ciała. Próbowałam zrobić ulubionego, klasycznego planka. Wytrzymałam tylko pięć sekund. Nie jakaś minuta czy tam dwie, ale PIĘĆ SEKUND. Nie, że ręce słabe czy coś. To była pozycja, w której przeraźliwie boleśnie poczułam WSZYSTKIE mięśnie dolnego brzucha. WSZYSTKIE. Byłam porażona faktem, jak tam w dole rzeczywiście wszystko jest pocięte w środku i naprawdę zajmie to jeszcze sporo czasu, by zrobić jednego głupiego pompka… Tak samo jak zachciało mi się kręcić kółkiem w pasie. Normalnie półtorej godziny leciało. Teraz kręcę już dziesiątą minutę i w nagle w mojej głowie zaczynają się pojawiać obrazy, jak z horrorowej bajki niemal. Że wszystkie wnętrzości się przewalają, że jelita się plączą, że jajniki fruwają, że pęcherz moczowy zaraz się odczepi… Odłożyłam kółko w ciągu sekundy:

“No już dobra, dobra.. Ciii już.”

No, ale, żeby nie było tak pięknie. Właśnie te trzy miesiące mijają i w tym czasie ujawnia się tzw. “efekt narkozy”. Czas, który znowu trzeba będzie przejść i ostro zadbać o siebie, ratując się silnymi suplementami i lekami na porost włosów, co by łysym sfinksem się nie stać. No bo włosy mi garściami wypadają, jeszcze te skrajne wahania nastrojów, podniesiona na maksymalny lewel irytacja, a tu jeszcze płaczę i siedzę otępiała na przemian:

“ – Rycz, mała, ryyyyczzz !!” – koleżanki w pracy swoje muszą dołożyć,

czasem zjem trzy obiady naraz, wymyślę bzdury, których LSD się nie powstydzi, zapomnę co przed chwilą albo wczoraj robiłam. No, ale odporność to już siąść nie ma prawa – zbyt doskonale jem 😀

No i co najmilsze mej kobiecej próżności – od listopadowej wagi zleciało mi już 14 kilogramów 🙂 I jeszcze leci, no a jak! Najpierw masa a potem rzeźba, bo w środę WRESZCIE idę do fitness klubu. Przed każdą maszyną stanę i:

“No to jedziemy, powiedz mi, kiedy masz dość, ale tak ładnie, nie musisz już histeryzować krwawymi obrazkami.”

Za miesiąc zacznę już swoje przygody z górami, obiecałam, to słowa trzeba dotrzymać.

W sumie można powiedzieć, że wróciłam do punktu wyjścia. To był jakiś pogięty, wyrwany z kontekstu rok. Rok, w którym byłam zmuszona mocno zboczyć z drogi i pozałatwiać sprawy nie cierpiące zwłoki. Bo jak inaczej to ująć? Ale też nie bez sensu to wszystko było. Nauczyłam się wielu rzeczy, rozwinęłam bardzo siebie, poszerzyłam swoje skrzydła, poznałam wspaniałych ludzi, dla których warto będzie poświęcać czas. Również Rodzice pomogli mi bardzo, bardzo dużo, bardzo !!

Nie. Żałuję. NICZEGO.

W tytule swoje drugie imię chciałam zmienić na “spokój”. I to nie taki osławiony “święty spokój” czy tam wolność od trosk i problemów i zgryzoty. I krwawych, comiesięcznych wodposadów. To taki spokój w rodzaju odetchnienia, błogiego wyczerpania po ciężkiej, za to porządnie rozegranej bitwie. Ale po namyśle stwierdziłam, że “walka” w dalszym ciągu pasuje najbardziej.

Bo czyż nie walczymy, kiedy dążymy do spełniania własnych marzeń?

P3300002

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s