„Nowy Rok. Nowa Ja.” czyli o gruszkach na wierzbie rosnących o północy

Jestem introwertykiem. Jestem aspołeczna. Jestem antycelebrycka. Jestem antysylwkowa. Nie obchodzę świąt, ale tradycje szanuję. Tradycje kogokolwiek, kto cokolwiek obchodzi. Byleby mnie nie namawiali na coś, co wieje na odległość hipokryzją i jest niezgodne z pierwotnymi źródłami wierzeń. W ogóle nie tykam się niczego co ma związek z “wiarą” ustanowioną przez człowieka.

Już możecie mnie skasować ze znajomych na facebooku.

Urodzin też nie obchodzę. Imienin też nie. I nie mam zwyczaju składać życzeń. No, chyba, że to najbliżsi. Nie mam pamięci do takich dat. Nie pamiętam daty urodzin mojej najbliższej kumpeli. Wiem, że jakieś okolice stycznia. I co z tego? Ona wie, że ja ze skóry wyłażę, by ją zadowolić innymi sposobami.

Wesołych Świąt!” “Szczęśliwego Nowego Roku!” “Wszystkiego najlepszego!

I dorzucone nieśmiertelne, na odchodne: “I wzajemnie.

Nie, żebym nie lubiła tych, co mi życzenia składają. Sama je czasem składam, bo inni cośtam obchodzą. Szacunek, no. Nie piętnuję takich – ich święta, ich pieniądze, ich problemy, ich marudzenia, ich szczęścia. Obdarowuję, bo mi się chce, przy wizytach tak o, bo coś fajnego znalazłam, z poczucia wdzięczności, a nie, że wypada. Nie lubię dostawać prezentów ze specjalnych okazji. Wyrosłam z tego.

Takie dni obchodzą chyba tylko Ci, co nie mają większych problemów w życiu. Lub są prorodzinni i mają dzieci jako pretekst do utrzymywania tradycji. Lub Ci, którzy boją się zmian. Taki mamy klimat, czysta ewolucja na poziomie umysłowym i duchowym.

Są rzeczy ważniejsze. A czas jest pojęciem bardzo względnym. Jest zabójcą dla “carpe diem”.

Są trzy rodzaje kalendarzy: słoneczny, księżycowy i słoneczno-księżycowy. Najpopularniejsze z nich gregoriański (chrześcijaństwo) i juliański (kościoły wschodnie), powstały na bazie kalendarza solarnego. Kalendarz chiński jest równie hucznie obchodzony. Pomniejsze są zależne od lokalnych religii. Wszystkie je wymyślił ludź, bazując na starożytnych legendach lub historycznych faktach.

No i proszę Was.

Jak można przyrzekać sobie postanowienia noworoczne mając za podstawę kartki papieru ustanowione przez jakiegoś tam urzędnika kilkaset lat po urodzeniu Jezusa?

Nowy Rok. Nowa Ja.

Zaczynamy odchudzanie. Będziemy milsi dla sąsiadek z osiedla. Rzucamy palenie. Zapominamy o byłych chłopakach. Pojedziemy do Japonii. Ożenię się. Zrobię kurs szycia. Zacznę ćwiczyć z Chodakowską. Przeczytam ‘Wojnę i pokój.”

Można by wyliczać. Obiecać sobie wiele. Trzymać się nadziei. Automatycznie uczy nas to optymizmu. Daje szansę na zmiany, których się boimy. Nie każdy umie siebie motywować, niektórzy potrzebują jakiegoś zapalnika, podsycania, osobistego trenera.

Postanowienia noworoczne zaczynają i kończą się 1 stycznia.

Wiecie dlaczego?

Bo życie wszystko weryfikuje. Od 2 stycznia wpadamy już w zwykłą rutynę. Odprowadzamy skarbeńki do szkoły, jedziemy do poczciwej huty, robimy spaghetti boloneze, bo najszybciej i tradycyjnie zasiadamy na fejsa lub przed tiwi. Nic się nie zmienia. No, niektórzy hardcorkorowi wytrzymują miesiąc dalej na codziennym podnoszeniu sztangi.

A co, jeśli zachorujemy? A co, jeśli wypadek się nam zdarzy i skreśli nam kilka kolejnych miesięcy z rutyny? A co, jeśli wygramy jutro 12 milionów i pojedziemy w pizdu, gdzie nie trzeba myśleć o przysiadach, tylko bujać się na jachcie? A co, jeśli nastolatek nam się zbuntuje gdzieś na wakacjach i kilka kolejnych tygodni spędzimy po komisariatach policji szukając go? A co, jeśli partnerka w maju zacznie gadać o dzieciach i zapomnij tu już o jesiennej wyprawie do Azji?

Życie weryfikuje wszystko. Kalendarze nie uczą nas niczego poza tym, że życie nam ucieka a my sami wpadamy w pułapkę “więcej, szybciej, dalej”. Nie uczą nas spontanu, “tu i teraz”.

Postanowienia możemy sobie przyrzekać w każdej chwili, w każdym dniu przez okrągły rok. Przecież nie wygramy z własnym lenistwem, niechcemisięwizmem tak o, bez porządnej motywacji z własnej strony. I to akurat 1 stycznia. Na kacu.

W życiu nigdy nie wygrasz z niespodziankami od Losu, jakiekolwiek one by nie były. Nowy Rok dla każdego może mieć inny wymiar, inne znaczenie, zacząć się w innym czasie. Nierzadko w czasie traumatycznym, nierzadko tzw. oświeceniowym. Czasie, po którym skończyło się piekło, okres żałoby, czasie przeprowadzki do innego kraju. Czasie, po którym zaczęły się ważne dla nas momenty w jakimś stopniu – ślub w Las Vegas, narodziny dziecka w samolocie, uśmiech Ahmeda na górskim szlaku, jakiś czek od Dziadka z przeznaczeniem na wymarzone studia. Lub po prostu impuls, wychwycenie okazji, szansy.

Dla mnie dzień jak codzień. Robię się starsza, ale doświadczenia uczą mnie, że zmieniać siebie i zmieniać cokolwiek w moim życiu mogę w każdej chwili. Tylko nie czekam do 31 grudnia, czekam na sprzyjający czas i warunki. Nie po trupach, nie ze szkodą dla siebie. A jak ten czas nadejdzie – działam. PCD, z którym walczę od urodzenia nauczyło mnie właśnie życia chwilą. Bo i tak w tle zostawia mi echem rozbrzmiewające złowieszczo słowa, że jutro mogę się już nie obudzić.

Nowy Rok zaczyna się codziennie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s