Histerektomia cz.1 – bo walka to moje drugie imię

Nawet nie wiem jak zacząć. Panuje ciągle stereotypowy strach, że to wstydliwa i intymna sprawa, że o tym się nie rozmawia. Lepiej udawać, że wszystko w porządku i cierpieć. Bo my, kobiety, jesteśmy silne, nie umieramy przy przeziębieniach, znosimy wiele we własnym wnętrzu, tak nas nauczono. Mamy rodzić w bólach, bo Bozia tak kazała. I to jest normalne. Kwestię ratowania życia kobiety w tych sprawach delikatnie się pomija.

Dzięki mojemu przypadkowi “pogoniłam” do specjalistów kilkanaście koleżanek. U większości z nich dolegliwości okazały się poważne, ze wskazaniem do leczenia operacyjnego. No na co to było? Niepotrzebne lata cierpień, faszerowania się środkami przeciwbólowymi, rozwalania układu pokarmowego, wyrzekania się własnych planów, nieuczestniczenia w pełni z życia seksualnego lub rodzinnego, problemy w pracy lub w szkole. No na co? Czyja to wina? Babci? Matki? Wychowania? Mediów społecznych? Własnego strachu? Wstydu? Obawy przed wyśmianiem?

Przecież to kwestia płodności, wydawania na świat potomstwa! Który mężczyzna zwraca uwagę na takie sprawy u swojej partnerki? Chyba chce zostać i być ojcem, prawda? Nawet przed kumplami nie ma co ukrywać, to sprawy tak otwarte jak ich prostaty. Kwestia ewolucyjnych stereotypów, że narządy rodne i fizjologia człowieka stały się tematem tabu i szyderstw.

Ale zacznijmy od nowa. Zacznijmy od historii, która jeszcze się nie skończyła.

Podejrzewam, że mięśniaki, ulokowane wygodnie w mojej macicy, są skutkiem kilkuletniego jedzenia tabletek antykoncepcyjnych. Gospodarkę hormonalną zaburzyła dodatkowo niesprawna w pełni wątroba. Po raz pierwszy pojawiły się na badaniu USG pięć lat temu. Były jeszcze malutkie, za małe by zostać niewinnie ukatrupione, według mojego ówczesnego ginekologa.

Przez lata sobie rosły spokojnie, żywiąc się moją miesiączkową krwią. Półroczne kontrole i systematyczne badania nie wykazywały żadnych niepokojących oznak.

Aż do grudnia 2013 roku.

Akurat rodzice byli u mnie. Pojechaliśmy nad morze, na spacer rozległymi plażami. Ledwo wróciłam do domu – mdlejąca, z ogromnym bólem podbrzusza. Od tego czasu zaczęłam miewać też bardzo obfite miesiączki, jednak jeszcze nie na tyle, by interweniować w jakiś sposób. Ginekolog stwierdził: “Wciąż za małe na laparoskopię”. Już nie szkodzi, że prywatnie miałabym to zrobić, nie szkodzi, że pięć tysięcy złotych. Ja po prostu nie chciałam tylu niekomfortowych dni z bólem.

Chwytałam się naturalnych metod walki z bólem miesiączkowym i długotrwałym krwawieniem. Piłam zioła jednego ojca zakonnika, drugiego ojca zakonnika. Tylko włosów na głowie mi przybyło w sumie. Kiedyś imbir pomagał mi skutecznie na te bóle, wobec mięśniaków okazał się bezradny. Podróże planowałam pod kątem cyklów i ich ewentualnych rozlegulowań po zmianach klimatu. I pracować jeszcze trzeba było. Pracowałam, ale powoli, powoli już stawałam się słabsza. Kręgosłup zaczął irytująco doskwierać, szybciej się męczyłam na siłowni, nie wyrabiałam się na ulubionym squashu, niektóre asany jogi stały się bolesne.

Moja Mama szukała pomocy u siebie, w Polsce, obdzwoniła “najlepszych” specjalistów, wiecie, kobieca poczta pantoflowa. Zmieniłam też ginekologa. WSZYSCY mi radzili założenie wkładki domacicznej, Mireny. No dobrze. Załatwiłam spiralę u siebie, w Anglii, wszak antykoncepcja jest tu darmowa. Położna mówiła, WSZYSCY mówili: “Daj pół roku, aż się Mirena ustabilizuje ze swoim działaniem, miesiączki znikną, mięśniaki się zmniejszą, problem się rozwiąże, itakdalejitakdalej”. Obiecywali skuteczność, gruszki na wierzbie. A ja zaczęłam snuć plany podróży na kolejny rok – zdobycie Jabal Toubkal w Maroku, Alpy Juliańskie na Słowenii, Gruzja z Armenią oraz Iran.

Było to w październiku 2014 roku.

Jeszcze nie wiedziałam, że dopiero wtedy tak naprawdę zaczął się mój horror.

Bóle zaczęły się niemal od razu, były jakieś skurczowe, dziwne, inne, nieznane mi wcześniej. Krwawiłam nieregularnie. Pierwsze kontrole u mojej położnej mówiły, że jest OK. Nie było, cały czas krwawiłam. Słabłam z dnia na dzień. Moja twarz nabrała koloru wosku, porcelany. Nie byłam w stanie pokonać kilku stopni schodów. Byłam bardzo śpiąca. Schudłam kilka kilogramów.

W styczniu poszłam do swojej lekarki, ta od razu wysłała mnie na pogotowie, ze wskazaniem do zbadania poziomu hemoglobiny. Wyniki były przerażające. Zostałam kilka dni na obserwacji, pod kroplówkami i zastrzykami z żelazem. W szpitalu zrobili mi też badanie USG, mięśniaki urosły, spiralki nie widać, no, ale tłumaczyli się, że zasłonięta może. Bardzo opornie doszłam do siebie.

W lutym dostałam pierwsze leki przeciwkrwotoczne – sterydy hormonalne, i jakieś tam gratisy do tego. Ale miałam je brać tylko w czasie cyklu, tydzień czasu. W końcu wróciłam trochę do życia. Nabierałam sił na wielokilometrowych spacerach, później na siłowni, wszak Jabal Toubkal w maju czekał.

Niestety, ta tygodniowa opcja nie pomagała. W marcu oraz w kwietniu przy każdym cyklu jeździłam na pogotowie – krwotoki plus potworne bóle. Pomagała tylko morfina. Mdlałam za każdym razem, przy byle pobieraniu krwi nawet. No coś takiego… W firmie było coraz gorzej, moja niedyspozycyjność odbijała się na jakości, szefowie wyłazili ze skóry, by mnie puścić, nawet po pół godzinie od rozpoczęcia pracy. Głupio było prosić, byłam bezsilna, bezradna wobec swojej kobiecej biologii. Wściekła, we łzach, w bólu, jechałam po raz enty do szpitala, zmieniając po drodze w domu spodnie. Mandaty parkingowe były za każdym razem umarzane. Mogłam liczyć na pomoc sąsiadki, przywoziła mnie otumanioną, w środku ciemnej nocy, do domu. Ale szybko dochodziłam do siebie po takich akcjach.

Siłownia ze sztangami, codzienny workout przed snem, joga, piętnaście kilometrów spaceru w każdy wolny dzień – nie poddawałam się. Maroko i Słowenia zbliżały się wielkimi krokami. Ze znajomymi ustalałam plany podróży, poznałam kilka nowych osób do wspólnych wojaży po Gruzji & Armenii oraz Iranie. Odliczałam dni.

3 maja, wieczorem, obładowana plecakami, wyfiokowana, napędzona pozytywnie idę do najbliższego wagonu pociągu. Nie doszłam. Wróciłam do domu taksówką. Miałam jeszcze trochę czasu do samolotu, kumpel czekał już na mnie na lotnisku. Siedząc na toalecie biłam się z myślami, przejdzie, nie przejdzie? Rzucałam monetą, panikowałam. Nie miałam sterydów, nie spodziewałam się miesiączki w najbliższym czasie, więc skąd to? Dlaczego? Po dwóch godzinach minęło “wszystko, co ostatnie”, by zdążyć na samolot. Napisałam do kolegi, że jadę, ale na pogotowie. Było mi bardzo, bardzo przykro, że go zawiodłam, zostawiłam samego z tym wszystkim, z podjęciem decyzji – jechać dalej samemu czy nie jechać. Poleciał. I była to jedna z najlepszych przygód w jego życiu, właśnie dlatego, że był sam. Natomiast ja, pokonana całkiem, już nie miałam sił tłumaczyć się po co znowu przyjechałam. Znali mnie. Lekarka zdecydowała, że do najbliższej wizyty u tutejszego ginekologa (początek lipca !!!!) biorę sterydy non stop, z przerwą na cykle. Wróciłam do domu i dopiero wtedy się rozszlochałam. Tak porządnie, mocno, za wszystkie ostatnie miesiące, za ten cały niesamowity ból, gorycz, wściekłość, za zrujnowane marzenia, no, dosłownie za wszystko. Już wiedziałam, że Gruzja & Armenia odpadną. Już wiedziałam, że Iran pójdzie na dalszy plan. Ta cała bezsilność nie trwała jednak długo. Następnego dnia przyjechali dobrzy kumple. Dziwne zrządzenie losu sprawiło, że jeden z nich znalazł się przypadkiem w Anglii. Zostali trochę czasu, pobawili się, nabawili, wybawili, odstresowali.

Została Słowenia. Poleciałam, ze strachem, ale poleciałam. Działanie sterydów dało znać o sobie błyskawicznie. Zaczęłam puchnąć, tyć, kondycja mi spadła straszliwie. Zapomnijcie o trekkingu po Alpach Juliańskich. Nie dałam rady wejść nawet na małe szczytki. Zmieniłam plan na miejscu i zamiast wypraw w góry pojeździłam na spokojnie po lokalnych atrakcjach.

Resztę urlopu anulowałam. Rzuciłam siłownię, codzienne treningi, długie spacery. Musiałam odpoczywać, relaksować się, gapić się w sufit, czekać na lipiec. Wciągnęłam się w długie serie mangi anime, zaczęłam się uczyć z powodzeniem języka włoskiego, zatracałam się w kolorowankach dla dorosłych, dużo czytałam na kocu na swoim ogrodzie.

W lipcu u ginekologa w szpitalu – histerektomia? Tak, jestem na to gotowa. Zatem zapraszamy na następną wizytę, już z chirurgiem ginekologiem. Kiedy? Jak najszybciej. Czyli? Koniec października.

Co?…

Ale, że co?… Przecież ja nie dam rady do października… Z tygodnia na tydzień czuję się coraz gorzej…

Hormony zaczęły świrować, odbiło się to na moich emocjach, nastrój zmieniał się z minuty na minutę. Kręgosłup ciążył coraz bardziej, macica się powiększała. Pod koniec sierpnia brzuch miałam wielkości pięciomiesięcznej ciąży. W pracy poprosiłam o zmianę warunków stanowiska na bardziej dogodne, nie miałam siły stać dłużej niż kilka minut, wszystko mi ciągnęło do dołu, bolało. Od maja przytyłam czternaście kilogramów. Nie spałam po nocach. Kobiecość sięgnęła dna. Moje codzienna aktywność fizyczna poszła się bujać. Bałam się gdziekolwiek jechać poza miasto, wyjść na dłużej poza dom. Ogród sporo ratował moją wiecznie niezaspokojoną potrzebę przebywania na powietrzu. Żyłam w strachu.

Za namową Mamy zajechałam w połowie sierpnia na prywatną wizytę do innego ginekologa, alfa i omegi w Opolu. Ten od razu chciał mnie rzucić na stół operacyjny: “Pojutrze pasuje?” Nie no, muszę się przygotować u siebie – kot, mieszkanie, rachunki, biurokratyczna walka z NHS o zwrot kosztów histerektomii, zwolnienie w pracy. “Za miesiąc, panie doktorze, za miesiąc.

Zaczęły się przygotowania. Te materialne i te psychiczne. Histerektomia jest operacją wycięcia całkowicie lub częściowo narządów rodnych kobiety – kastracja jednym słowem. Co u mnie jest do wycięcia – okaże się po otwarciu jamy brzusznej. Mi było wszystko jedno, jestem i tak i tak bezpłodna, dzieci nie planowałam i nie planuję mieć, mam inne priorytety w życiu, tak, jestem gotowa na wszystko. Na wszelkie powikłania po, na pół roku maksymalnego oszczędzania siebie po zabiegu, na chwilowe zawieszenie swoich planów, marzeń.

Góry nie uciekną, one zawsze były, są i będą. Poczekają na Ciebie.”

Weź, co z tego, że drugi sezon zimowy Ci ucieknie? Latem nadrobisz w Milton, poduczysz się freestyle.”

A squash? Jego najbardziej mi było i jest szkoda. Najlepszy sposób na wyładowanie mojej energii. Tej fizycznej i tej psychicznej. No trudno, też poczeka. Będę truć ludziom swoje humory.

W połowie września zajechałam do Polski, niestety, zdążyłam zachorować wcześniej. Doktor rozłożył ręce “Proszę zadzwonić za trzy tygodnie, i tak mamy remont na oddziale, terminy są napięte, nie mamy łóżek.” Rozpoczęła się bitwa z zapaleniem oskrzeli i zatok. Bujałam się od pulmonologa do laryngologa. Antybiotyki, jedne drugie, codzienne inhalacje, szlabany w domu. Po trzech tygodniach: “Przepraszam, ale remont trwa na całego. Przekładamy na 26 października.

Eh.

W międzyczasie miałam akcję z dziwnym omdleniem w nocy. Przerażeni rodzice zadzwonili po ambulans. Trafiłam na tydzień do szpitala neurologicznego, by wykluczyć padaczkę (hę?). To były intensywne dni, naszpikowane badaniami, bólami podbrzusza i gorączką. O co chodzi? Coraz bardziej miałam dość, coraz częściej płakałam po nocach, bezsenność dobijała. Stawałam się zmęczona. Miałam ogromne wsparcie ze strony Rodziny i lekarzy, ale… Cierpienia są zawsze samotne. Niektórzy z Was dostali moje selfie z lustrem z tego szpitala, udowadniałam sobie, że humor w porządku, ratowałam się jakoś.

Całe półtora miesiąca siedziałam w domu, pod kloszem. Znajomi w Opolu? Kiedy? Jak? Ćwiczyłam swoją cierpliwość. Udało mi się wyskoczyć na weekend do kumpla, na wieś, ale i nawet tam mnie dopadło. Udało mi się też pójść na Opolski Festiwal Gór, nie cały, ale to co chciałam, to zobaczyłam. Porozmawiałam z paroma znanymi himalaistami, dowiedziałam się arcyciekawych rzeczy, odreagowałam jednym słowem, zapomniałam się na chwilę.

26 października przyjeżdżam w końcu do szpitala. Podczas rozmowy z anestezjologiem ustalamy, że ze względu na moje PCD (ale co to ma wspólnego, dalej pozostaje zagadką) oraz ostatnie choroby, znieczulenie będzie miejscowe, przy krzyżu. Oczywiście, jak już “ciąża” do końca to do końca. Moja intuicja mówiła co innego, ale co ja tam wiem…

Nazajutrz, otumanioną lekiem nasennym, wiozą mnie na salę operacyjną. Miał być inny anestezjolog, czemu jest ta baba? Próbuje wyczuć miejsce do wkłucia, jest to bardzo bolesne. Wkłuwa tam coś, czuję płyn wyciekający, nie wiem z czego, czy ze strzykawki, czy z mojego rdzenia kręgowego. Nie trafia. Każe mi usiąść. Pigułka nasenna robi swoje, ból po “macaniu” przy kręgach swoje. Nie, nie dam rady, nie trzymam się. Mdleję.

Budzę się ciężko. Czuję znajome wibracje ciała, jakich doświadczałam przy wcześniejszych omdleniach z bólu w angielskich szpitalach.

Doktor odwołuje operację. Chodzą ploty, że miałam drgawki i bezdech. Noż kurczę. (Po wielu późniejszych rozmowach ze świadkami tej sceny okazało się, że ani bezdechu, ani drgawek nie było, ale to co usłyszał doktor to już nie zostało odsłyszane.)

Nikt mi nie mówi, że po wkłuciu mam leżeć płasko przez kolejne dwanaście godzin. Następnego dnia ból promienieje od krzyża do szyi, głowa wiruje potwornie. Konsultacja u neurologa wykazuje powikłania zespołu popunkcyjnego: wyciek płynu kręgowo – rdzeniowego. A ponoć wkłucia nie było. Leżę na wznak i walczę z bólem, mam wypić minimum cztery litry wody. Ból lżeje. Mama mówi, że doktor chce rezonansu, by wykluczyć padaczkę.

Ale przecież ja mam implant ślimakowy, rezonans jest absolutnie zabroniony. Zresztą na oddziale neurologicznym, miesiąc wcześniej, wykluczyli mi padaczkę, no. Są owarte rezonanse, można z implantami robić – się doktor upiera przy swoim. Ryzykować życia nie będzie, jeśli chcę znieczulenie ogólne. Intubacja jest ryzykowna w moim przypadku. No proszę Was, przecież miałam nieraz innego rodzaju operacje i było dobrze…

Kolejna rozmowa z doktorem wykazuje zmianę w moim leczeniu. Mięśniaki są mocno ukrwione, przytwierdzone do macicy na całego, stanowią zagrożenie życia podczas operacji. Ginekolog proponuje leczenie nowym lekiem przez trzy miesiące. Esmya ma obkurczyć mięśniaki do operacji, ma też zahamować krwawienie. I ma dużo mniej skutków ubocznych niż steryd, który brałam do tej pory. Jeśli mięśniaki zmniejszą się, operacja będzie z rodzaju tych oszczędzających – wycięte zostaną mięśniaki i TYLKO trzon macicy, a nie cała macica. Esmya kosztuje majątek, nie szkodzi, doliczę do kosztów dla NHS, pierwsze opakowanie dostaję za darmo. Przejściową noc spędzam jeszcze pod obserwacją. Noc jest straszna – wymioty, bóle brzucha, zawroty głowy, nie spałam nic. Nazajutrz do domu. Pierwsza kontrola za dwa tygodnie, kolejna za miesiąc, i wtedy ustali się co dalej, jak mięśniaki reagują. Za szpital, oczywiście, trzeba było zabulić z własnej kieszeni. Też doliczy się do zwrotów. A co.

Sterydy poszły w odstawkę, zatem logicznie rzecz biorąc, krwawienia wróciły. Polskie leki przeciwkrwotoczne nie działały. Ani pierwsze, ani drugie. Pierwszy tydzień to jedna wielka makabra, jeden długi, bardzo bolesny sen. Tabletki przeciwbólowe nie pomagały, wiłam się z bólu, leżałam całymi dniami, płakałam. Wyczekiwałam jakiegoś cudownego końca.

A ten nadszedł szybko.

Tydzień po wyjściu ze szpitala dostałam krwotoku. Horror z wiosny wrócił. Mama skontaktowała się z moim doktorem. Kazał przyjeżdżać jak najszybciej. No, ale jak? Zjadłam jednego steryda, po godzinie mogłam wyjść z domu. Lekarz potem mi biadolił pięćdziesiąt razy, że tym sterydem zniwelowałam działanie Esmyi. W jego gabinecie całkiem pękłam z bezsiły. Zostałam w szpitalu. Godzinę później miałam krótki zabieg w znieczuleniu dożylnym – łyżeczkowanie macicy. Doktor pięknie wyczyścił jamę z zaległej, zakrzepłej krwi, która nazbierała się od maja, a którą nosiłam cały czas w sobie. Po zabiegu odczułam kolosalną różnicę – ZERO BÓLU !!! ZERO KRWAWIEŃ !!

Jaka ja byłam szczęśliwa…

Zresztą jestem do tej pory.

A Mirena? Nie ma jej, doktor jej nie znalazł. Musiała wypaść samoistnie podczas jednego z wielu wcześniejszych krwotoków. To dlatego… To dlatego Mirena “nie działała”, bo jej zwyczajnie nie było od jakiegoś czasu.

Jejku…

Kilka dni temu odczułam już objawy odstawienia sterydów – waga poleciała mocno w dół, zaczęłam przesypiać całe noce, brzuszek lekko się spłaszczył, cera się poprawiła, no i co najlepsze – zaczęłam świrować. Zakochałam się w kumplu, wyrzuciłam go z kontaktów, w ogóle brałam wszystko do siebie i przeżywałam milion razy intensywniej każdą duperelę. Ale przeszło. Odkochałam się, hehe, po kajającym się elaboracie kumpel tylko “Luzik” rzucił.

Po dwóch miesiącach mego pobytu w Polsce wyszłam w końcu z domu, do ludzi, do świata. Co za radość !!

Pierwsza kontrola u lekarza:

Jestem bardzo zadowolony, mięśniaki znacznie się obkurczyły, to co, robimy operację po kuracji Esmyą?

I wręczył skierowanie do szpitala na 18 stycznia 2016 roku.

Ale jeszcze następna wizyta będzie za dwa tygodnie przed powrotem do Anglii. Energia wróciła, brzuszek się ładnie spłaszcza, ale ciągle mam zakaz jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Eh…

Akurat kumpela była też u niego chwilę później. Po wszystkim uczciłyśmy to słodkościami w naszej kawiarni.

Oprócz tego wszystkiego powyższego konsekwentnie dochodziły mniejsze bitewki, które trzeba było stoczyć – mnóstwo telefonów po ośrodkach z otwartym rezonansem po całej Polsce (finalnie żadna placówka nie chciała mnie przyjąć), kłopoty z księgowością w pracy (normalnie bym zadzwoniła i bezpośrednio załatwiła sprawę, a żem niesłysząca, idzie polegać tylko na osobach trzecich, uciążliwe bardzo), poszło mnóstwo pieniędzy na prywatnych pulmonologów, laryngologów, kardiologów, na niezliczone lekarstwa (Esmya pożarła połowę wszystkiego), dodatkowe szczepienia, na bieżące tłumaczenia wypisów szpitalnych czy zwolnień lekarskich, na rachunki do szpitali, no majątek.

Było bardzo, bardzo, bardzo ciężko. Mam naprawdę wielką nadzieję, że najgorsze jest za mną, ten cały paskudnie irytujący ból, wyrzeczenia, łzy, to wszystko jest już naprawdę, naprawdę za mną. Operacja to będzie pikuś, “formalność”, że tak powiem, w rękach mojego wspaniałego ginekologa jestem pewna, że wszystko pójdzie dobrze.

Wiem, że to jeszcze nie koniec, ale z całego serca DZIĘKUJĘ wszystkim, którzy byli ze mną przez ostatnie miesiące – wspierali, dopingowali, pomagali, kibicowali, wychodzili ze skóry i marzyli za mnie. Nie wiem, czy pomagało, ale czułam ciepłe bezpieczeństwo oraz motywację do brnięcia przez te piekło.

 

Ciąg dalszy nastąpi.

Histerektomia cz. 2

Reklamy

4 thoughts on “Histerektomia cz.1 – bo walka to moje drugie imię

  1. Czytając Twoją historię czułam istne przerażenie. Bo to tak jakbym czytała o sobie. Od wielu miesięcy mam strasznie bolesne miesiączki, bóle podbrzusza w trakcie cyklu i przed wypróżnieniem. Dziesiątki badań, leki i nic nie wykryto, a z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej. Nie przeżyłam takiego horroru jak Ty, ale myślę, że choć po części wiem jak się czułaś i szczerze zazdroszczę tej ulgi, a zarazem się cieszę, że masz to już (prawie!) za sobą.
    Życzę Ci pełnego powrotu do zdrowia, do Twoich gór i życia bez bólu, chociaż tego fizycznego, bo samo życie niejednokrotnie daje nam go wystarczająco dużo.
    Przesyłam dużo miłości i uśmiechu.

    Polubienie

  2. Aneto, choc sie nie znamy, mamy wspolnych znajomych, i jak sie okazuje mozemy sobie piatke przybic w zdrowiu czy tez nie-zdrowiu. I plucka felerne i macica felerna 😉 zycze dobrego samopoczucia i sily, bo woli do walki, jak widze, zyczyc nie musze, masz ja ogromna, i ktorej zazdroszcze, bo moja jest na poziomie paczadel mrowki w trawie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s